Księcia Józefa Poniatowskiego, znają wszyscy. W całej Polsce imieniem zwycięzcy spod Raszyna nazywa się szkoły, place i ulice. Tymczasem wielki przegrany w tej bitwie, Arcyksiążę Karol Habsburg-Este, jest postacią zupełnie zapomnianą, nawet we własnym kraju. A szkoda, bo był człowiekiem nietuzinkowym.
![]() Ferdinand Karl von Österreich-Este w trzydzieści lat po bitwie pod Raszynem. Choć ze swego portretu patrzy dumnie, jego błyskotliwa kariera zakończyła się pod Raszynem. |
Syn czternastego syna
Arcyksiążę Ferdynand Karol Józef Habsburg Este w chwili dotarcia nad stawy raszyńskie miał 38 lat, był więc zupełnym młokosem wśród generałów cokolwiek skostniałej armii austriackiej. Jako wnuk Marii Teresy i cesarza Franciszka I należał do jednej z najznamienitszych dynastii panujących w Europie końca XVIII wieku. Jego ojciec był jednak czternastym dzieckiem z kolei i po rodzicach odziedziczył jedynie niewielkie księstwo Modeny w północnych Włoszech, gdzie też w 1781 roku przyszedł na świat przyszły generał.
Jak przystało na krewnego rodziny panującej, w 1799 młody Ferdynand wstąpił do akademii wojskowej w Wiener Neustadt. Dzięki swym koneksjom już po roku został promowany na dowódcę dywizji. Również dzięki nazwisku awansował, a podczas wojny 1805 roku został mianowany głównodowodzącym austriackiego 3. Korpusu walczącego przeciw wojskom napoleońskim w południowych Niemczech.
Niedoświadczonemu oficerowi przydzielono do pomocy gen. Karla Macka von Leiberich, weterana habsburskich wojen od Niderlandów po Belgrad. Arcyksiążę był więc figurantem, bez wpływu na wojska teoretycznie mu podległe. Malowany generał przemienił się jednak w prawdziwego wodza po trzydniowej bitwie pod Ulm (1805), w której Mack poddał cały swój korpus Francuzom. Ferdynand Karol nie zgodził się z tym posunięciem, zebrał około 2 tys. niedobitków i przedarł się przez pierścień okrążenia. Wypada dodać, że podczas tej heroicznej eskapady dowódcą kawalerii Ferdynanda był pułkownik Karol Filip Schwarzenberg, ten sam, któremu książe Józef miał uratować życie podczas wojny z Turcją w 1788, i ten sam, który w kilka lat później pokonał go w tragicznej Bitwie Narodów pod Lipskiem.
Czekanie na powstanie
Wróćmy jednak do Arcyksięcia Ferdynanda, który z malowanego żołnierzyka przeistoczył się w prawdziwego syna Marsa, jak określały go współczesne pamiętniki. Po bitwie pod Ulm przedarł się do Czech, sformował tam własny korpus i do końca wojny umiejętnie szachował wojska bawarskie wokół Igławy. Tym samym dowiódł, że jest urodzonym strategiem. Gdy wybuchła kolejna wojna przeciwko Francji, zwana w polskiej historiografii wojną z piątą koalicją, Ferdynand wydawał się najlepszym kandydatem na głównodowodzącego wojskami Austrii.
O ile jednak w dowodzeniu korpusem liczącym przeszło 36 tys. ludzi arcyksiążę radził sobie świetnie, o tyle wyczucia politycznego nie miał wcale. Podobnie jak jego rodzina, wierzył że kampania przeciwko Księstwu Warszawskiemu będzie łatwym zwycięstwem. Jego wojska miały jedynie maszerować polskimi drogami, a Księstwo miało upaść powalone powstaniem przeciwko „korsykańskiemu uzurpatorowi”, jak zwano Napoleona. Jego rachuby się nie ziściły, choć najwyraźniej nie rozumiał dlaczego. Triumfalnie wkraczał do kolejnych miast i miasteczek, gdzie witała go głucha cisza. Na swej drodze ku Warszawie nie napotkał żadnego oporu – aż do Raszyna.
Przed i po Raszynie
Choć bitwa pod Raszynem tak naprawdę nie przyniosła rozstrzygnięcia, a po kilku dniach wojska austriackie i tak wkroczyły do Warszawy, dzień 19 kwietnia 1809 zakończył błyskotliwą karierę wojskową Karola Ferdynanda. Przez kilka tygodni siedział wraz z większą częścią swych wojsk w stolicy czekając na wybuch powstania przeciwko Napoleonowi. W tym samym czasie Dąbrowski oczyszczał Wielkopolskę z niedobitków wojsk austriackich, a książę Józef Poniatowski w spokoju zajmował Kraków, Zamość i maszerował na Lwów. Powstanie nie wybuchło.
Traktat z Schönbrunn kończący wojnę między Księstwem a Austrią zamknął pewien etap w życiu Ferdynanda Karola Habsburga-Este. Choć podczas „Stu dni Napoleona” dowodził jeszcze przez kilka tygodni dwiema dywizjami rezerwy, nigdy więcej nie wrócił już na front. Przez kilkanaście następnych lat dowodził garnizonami na terenie Węgier, gdzie, zgorzkniały i samotny, podpisywał raporty o ilości siodeł i stanie koszar. W 1830 został mianowany gubernatorem Galicji, jednak i tam nie miał możliwości wykazać się swymi zdolnościami. Po Wiośnie Ludów, której nie umiał przewidzieć ani zapobiec, wycofał się do swej posiadłości w północnych Włoszech, a w dwa lata później zmarł w dość szkaradnym pałacu w Ebenzweier. Nigdy się nie ożenił.
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Malowany żołnierzyk”
Skomentuj