Redaktor naczelny poprosił, bym napisał o karate. Zdziwiłem się nieco, gdyż na ten temat mam nikłą wiedzę. Moje związki z prawdziwym karate zaczęły się bowiem od filmów z Brucem Lee i znajomości przebojów w wykonaniu niezapomnianego Franka Kimono.
„Nie rycz mała, nie rycz,
ja znam te wasze numery.
Twoje łzy płyną mi na koszulę
z napisem King Bruce Lee karate mistrz”.
Po czym Frank Kimono dodawał groźnie: „karate trenowałem z bratem”, co miało odstręczać ewentualnych kolesiów i ówczesnych dresiarzy od awanturowania się przed dyskoteką. Ale też niemal każdy chłopak trenował w czasach mej młodości „karate po swojemu”, gdy przyszło mu wychowywać się na podwórku lub między blokami.
Ja też chowałem się podwórkowo. Ukrywałem to, ale gdy były premier ujawnił związki obecnego z podwórkiem postanowiłem też przyznać się do podwórkowego wychowania. A nóż-widelec „niepodwórkowi” wrócą do władzy i trzeba będzie się trzeba tłumaczyć z „podwórkowej” przeszłości. Więc lepiej zawczasu: ja też chciałbym się wreszcie odważnie zidentyfikować jako były „podwórkowy”.
Podwórko bowiem stało się obecnie wyróżnikiem „właściwej” lub „niewłaściwej” postawy politycznej. Ośrodki badania opinii publicznej wciąż prowadzą sondaże, analizy i statystyki. Ale według mojej stratyfikacji społecznej, prowadzonej z perspektywy ulicy i raszyńskiego ośrodka zdrowia, gdzie ostatnio bawiłem, widzę, że Polska podzieliła się na nienawidzących wychowania podwórkowego i zwolenników podwórkowej edukacji.
„Antypodwórkowcy” najchętniej przykuliby dzieciaka do biurka, książki, mamusi, tatusia, pianina, lekcji angielskiego, tańca i różańca (kolejność dowolna). Uwaga – pośród nich mogą się rodzić żądne odwetu potwory, które sobie pozwalają na wszystko, a innym wytykają złe wychowanie. Będą walczyć z całym światem, przekonani do końca, że „mają rację”, że to co im wolno, innym nie wolno. Pojmowanie względności zjawisk tego świata mają w stanie szczątkowym albo w zupełnym zaniku.
„Byli podwórkowcy” to ci, co pozwalają, aby latorośl chowała się między blokami, na podwórku, albo koło placu zabaw dziecięcych w Raszynie, hartując się w „łacińskich” rozmowach do trudów życia w świecie kapitału. Uwaga – pomocne są rozmowy rodziców o tym, czego młodzian szuka w tych krzakach i dlaczego. Może czegoś nie dostaje w domu, że akceptacji szuka akurat na „podwórku”?
„Niepodwórkowi” i „Niepodwórkowe” (dotyczy to także płci żeńskiej w ramach poprawności politycznej), czasem trenują karate. Ale jak najbardziej prawidłowo, pod opieką trenera. Długi czas będzie ich chronić przed grozą odpowiedzialnego życia nadopiekuńcza mamusia albo tatuś-awanturnik. Na starsze lata jako zupełni frustraci będą zmierzać do wyrównania rachunku z „podwórkowymi”. Poprzez różne metody: cedzenie albo głośne wykrzykiwanie piramidalnych bzdur, powolne konfliktowanie wszystkich ze wszystkimi, gdzie się tylko zjawią, parcie do władzy, paranoiczne widzenie świata, polityki, gospodarki, ludzi itd. Niektórzy zaczną nałogowo pić nie mogąc wykorzystać w pełni wyuczonych chwytów, dźwigni i rzutów.
„Podwórkowi”, jak wskazuje życie i psychologia, będą bardziej otwarci, ale często nieokrzesani. Niektórzy nieodwołalnie pogubią dobre wartości i staną się kupką grzechu i użalania się nad rządem, życiem, Kościołem, partiami i zimą w Polsce (nie powinno jej być; kolejność dowolna). Ale wielu stanie się idealistami, chcąc wymazać błędy młodości. Ponieważ zaznali walki, więc po trudnych doświadczeniach często będą głosić All we need is love, wszystko czego potrzebujemy, to miłość, niczym sztandarowa postać „podwórkowa”, ex-Beatles John Lennon.
Do zamyślenia o tych sprawach i napisania o karate w kontekście bieżącego sporu „O rolę podwórka w życiu człowieka” (dobry temat na doktorat z socjologii), przyczyniła się najzupełniej nieświadomie była trenerka mego syna, pani Barbara Nowak. Teraz pani Basia nie uczy już młodzieży karate, a uprawia jedynie zawód fizykoterapeutki w Gminnym Ośrodku Zdrowia, gdzie poddawałem się rehabilitacji kciuka nadwerężonego kontaktami z klawiszami laptopa i z gitarowymi strunami marki „Presto”.
Podczas kuracji zostałem oczarowany dynamiką głosu pań obsługujących maszyny fizykoterapeutyczne rodem z głębokiego Gierka. Dynamika ta zdaje się być odwrotnie proporcjonalna do stanu owych maszyn, z których większość nadaje się na wystawę do Zambezi pt. „Dzieje techniki medycznej w kraju Bolanda”.
Ale pani Basia, póki co, nie protestuje przeciw warunkom pracy i sprzętu medycznego. Być może dlatego, że gdyby zaczęła protestować przeciw pracy w piwnicznych warunkach, mogłaby mimowolnie i podświadomie wykorzystać swe umiejętności karateczki wobec jakichś władz. Proszę zwrócić uwagę, że piszę „karateczki”, by zachować poprawność polityczną wobec pań zdążających do równouprawnienia, czyli do obarczenia mężczyzn poczuciem winy za całe zło tego świata.
I tu kończy się ma opowieść, bo więcej tekstu nie zmieści się na kolumnie. Polecam więc naczelnemu reportaż z ośrodka zdrowia. Jest o czym pisać, w trosce o warunki pracy personelu i zdrowie pacjentów. Poza tym palec nie chce wyzdrowieć od działań aparatury i przyjdzie mi może znów odwiedzić fizykoterapię i miłą panią od karate. I już się boję kontaktu z dynamiką pracy w fizykoterapeutycznym podziemiu. Ale dlaczego właściwie ja?
- Jerzy Besala
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Jerzy Besala: Podwórkowe karate”
Skomentuj