// czytasz...

Felieton

Jerzy Besala: Za co kocham disco polo

Jako muzyk jazzujący mam znacznie podwyższoną wrażliwość na dźwięki i harmonię. Jako pisarz i historyk mam też podwyższone wyczulenie na słowa. Bywa, że to co ludzie plotą i grają przyprawia mnie o mdłości. Jako młodzian trochę żałowałem, że nie zostałem muzykiem rockowym pełną gębą i zrezygnowałem z rozmaitych propozycji i zachęt, m.in. Zbigniewa Hołdysa, obecnie mieszkańca gminy Raszyn.

Teraz wiem, że stało się tak na moje szczęście, bo dziś bredziłbym może i pouczał przed kamerą, zamiast pisać i grać. Ale wówczas swój znikomy kontakt z ogrywaniem rockandrollowym tłumaczyłem sobie bardzo prosto: w gamie jest 12 dźwięków, a w alfabecie 24 litery.

Już rachunek prawdopodobieństwa wskazywał zatem, że wypowiem się lepiej przez słowa niż dźwięki. Ale co ma powiedzieć malarz, który twierdzi, że liczba barw jest nieskończona?
Dziś wiem, że takie podejście do muzyki, pisarstwa, malowania, rzeźbienia itd. jest jednak idiotyczne, gdyż sztuka to nie sport i wynik. Prawdziwa twórczość i odbiór sztuki jest czymś uduchowionym, zmysłowym, czasem transcendentalnym, czyli poza zmysłami. Niektórzy dotykają w ten sposób Absolutu. Najgorzej zdają się mieć nieczuli na słowo, dźwięk, obraz – naprawdę im współczuję, bo przypominają stalowe roboty, a ich życie jest przeraźliwie nudne.

Więc cieszę się nawet, gdy ktoś słucha i przeżywa disco-polo. To nieważne, że te wysokie dźwięki wygrywane w C-dur-a-mol, albo w bardziej wyrafinowanej i subtelnej triadzie C-F-G, albo jeszcze bardziej porażającym chorusie a-d-G-E – wywołują u mnie dość niekontrolowane odruchy. Ale przecież tu nie chodzi o przeżycia estetyczne. Świat disco-polowy mi się podoba, bo jest tak prosty i kolorowy, jak bajka: on pokocha ją, bo ona jest jedna, jedyna na świecie, a ona da mu całusa (rymuje się z psikusa) i na całe życie będą razem aż po życia kres, co się rymuje z czy ty o tym wiesz.

I taka to jest disco-polowa recepta na życie, w którą i ja staram się uwierzyć. Gorzej, że nie mogę pojąć bez wódki, a z tą trucizną rozstałem się dekadę temu. Tymczasem eksperci spodziewają się powrotu wysokiej fali, nawrotu disco-polo w IV RP: grunt przygotowuje Katarzyna Kanclerz, słynny hodowca talentów Wiśniewskiego i Mandaryny, co dla socjologów wiąże się dziwnie z wyborami różnych panów Bigdów i Dyzmów na przedstawicieli ludu pracującego miast i wsi.

Bodaj to Bolesław Prus powiedział po przeczytaniu Potopu, że tak naprawdę powieść Henryka Sienkiewicza powinna się zaczynać od chwili, gdy słynny zawadiaka Kmicic i piękna Oleńka zaczynają życie razem jako małżonkowie. Ale akurat w tym momencie kończy się wiele romansów. A tak naprawdę dopiero po ożenku kończy się bajka, a zaczyna naga prawda codzienności, przy której bledną wyczyny szablą i prochem Pierwszego Warchoła, a potem Pierwszego Patrioty w Pierwszej Rzeczypospolitej.

Muzyka również zawsze miała dwoisty charakter. Po pierwsze – ludyczny czyli zabawowy, plebejski, po drugie – sakralny, czyli kościelny, na chwałę Boga, pisany pod opieką mecenasa – Kościoła lub dworu, bo inaczej artysta by nie przeżył. Disco-polo wychodzi naprzeciw tej potrzebie ludowej zabawy i podobno oddaje polski charakter narodowy. Jeden z koryfeuszy disco-polowych oznajmił nawet publicznie, że on słyszy w tej muzyce świst husarskich skrzydeł, brzęk ostróg i dlatego ją gra. Przewiduję, że sztandarowym zespołem tego nowofalowego nurtu disco-polowego, który nada impuls nowym dźwiękom stanie się (o ile już się nie stał) zespół Kombi.

Na wszelki wypadek, gdy staną przed kamerą, chcę ich poinformować, że husaria świszcząca w disco-polo do szarży odpinała na ogół skrzydła, które głównie służyły paradom i popisom. A ostrogi raniły i kaleczyły biedne konie, więc wiele ludów w ogóle ich nie używało. Ale mimo to kocham disco-polo. Z tej prostej przyczyny, że grając jazz, czasem z takimi gigantami jak Krzyś Ścierański, znajduję dla siebie odskocznię. To tak jakbym z filozofii Jurgena Habermasa przeskoczył do bajek Christiana Andersena. Próba zrozumienia fenomenu życia i jego form, w tym ludycznych, nagle zmienia się w plastikową, pastelową baśń bez problemów. Niech żyje więc disco!

Postanowiłem też przekonać się do tej formy wyrazu tanecznego bezpośrednio. Przez kilka godzin wsłuchiwałem się w ostre tony na dyskotece w Dekadzie przy Grójeckiej. Proszę docenić me bohaterstwo, uczyniłem tak bez napojów znieczulających. Jednakże jako wysoce podejrzany z wyglądu, nie zyskałem przychylności nikogo spod Grójca. Rozczarowany wróciłem do Raszyna, który przywitał mnie swojsko dożynkami. Jak ja kocham ten kraj!
Szukałem jednak dalej, co mnie tak kręci w disco-polo. I znalazłem. Powodem mej nagłej miłości do disco-polo są dziewczyny, które tańczą. Mają tak skąpe stroje, jak muzyka, którą obtańcowują – i tak ładne buźki i ciałka, jak plastikowy świat wokół. I pewnie w równie nieskomplikowany sposób marzą o takiej miłości, o jakiej śpiewa kolejna gwiazda disco-polowa.

I jak ma się temu oprzeć pan w średnim wieku? Urzeczony prostotą disco-polową, ja, czytelnik Platona i Toynbee, grywający jazz własny i cudzy, głoszę więc chwałę disco.
W nadziei, że nikt mnie nie zrozumie i zostanę sam. Wtedy wrócę do jazzu, Bacha, Góreckiego i Ścierańskiego.
– Jerzy Besala

Dyskusja

Brak komentarzy do notki „Jerzy Besala: Za co kocham disco polo”

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • karol: czy ktos jeszcze redaguje ten kicz?
  • Mariusz: To dziwne myślałem, że jako wice-wójt obecnej kanencji Pan Chmielewski winien...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Mariusz: W Lesznowoli podstawowy problem to komunikacja i ostatnio niestety zalania....