Słońce świeci coraz wyżej, coraz dłużej i coraz mocniej. Temperatury rosną, a wraz z nimi nasza potrzeba wyrwania się z czterech ścian i spędzenia trochę czasu na świeżym powietrzu. Coraz częściej będziemy uciekać na leśne wyprawy czy pikniki na łąkach. Coraz częściej będziemy obserwować budzącą się do życia faunę i florę. Nie wolno nam jednak zapominać, że dzika fauna ma też inną, czasem wielce niebezpieczną, wściekłą twarz. Wścieklizna jest niezwykle groźną chorobą wirusową wszystkich ssaków, w tym również człowieka. Mimo, że już w 1885 roku Louis Pasteur stworzył szczepionkę przeciwko temu schorzeniu, dziś, w XXI wieku, nadal nieznane jest lekarstwo, które mogłoby ratować ludzkie życie w chwili wystąpienia objawów. Wirus powodujący wściekliznę znajduje się w ślinie chorego zwierzęcia, dlatego do zakażenia innego organizmu dochodzi głównie podczas ugryzienia.
Nazwa wścieklizny pochodzi od objawów jednej z odmian tej choroby – tzw. postaci szałowej, która charakteryzuje się większym niż zwykle podnieceniem zwierzęcia, agresją, często kierowaną wobec siebie lub domowników, oraz brakiem wrażliwości na ból i inne czynniki zewnętrzne. Druga postać – tzw. cicha-porażeniowa objawia się chwiejnym krokiem, brakiem koordynacji ruchowej zwierzęcia, ospałością, uległością, niemożnością uniesienia głowy czy wydania dźwięku. – Postać szałowa najczęściej występuje u kotów, psów, koni natomiast cicha najczęściej u bydła – mówi Justyna Grochocka, lekarz weterynarii.
Okres wylęgania się wścieklizny zależy od miejsca wniknięcia wirusa do organizmu oraz jego dawki. Może to być kilka dni lub kilka miesięcy – u ludzi nawet rok. Dlatego nie wolno lekceważyć żadnych ugryzień lub zadrapań dokonanych przez nieznane nam zwierzęta. Szansę na przeżycie daje człowiekowi wyłącznie przyjmowanie surowicy i serii szczepionek podawanych w mięsień naramienny (bolesne szczepionki w brzuch odeszły już do lamusa). Gdy wystąpią objawy – takie jak gorączka, ból potylicy, zmęczenie, brak apetytu, nadpobudliwość, nerwowość, wodowstręt spowodowany trudnościami z przełykaniem, konwulsje i halucynacje, dezorientacja czy nawet paraliż – na ratunek jest już za późno. Śmierć następuje zazwyczaj w dwa tygodnie po ich wystąpieniu. Dotychczas odnotowano jedynie sześć przypadków wyzdrowienia ludzi, u których pojawiły się symptomy choroby. Tylko jeden z nich dotyczył osoby wcześniej niezaszczepionej. Za to każdego roku na wściekliznę umiera ok. 40 000 – 100 000 osób, głównie w krajach tropikalnych i subtropikalnych.
Co robić, gdy dojdzie do pogryzienia lub podrapania przez dzikie lub bezpańskie zwierzę? Justyna Grochocka radzi: – W przypadku pokąsania należy przemyć ranę strumieniem wody z mydłem, następnie opatrzyć ranę i bezzwłocznie zgłosić się do lekarza, aby przystąpić do szczepienia wykonywanego w oddziałach zakaźnych szpitali. Złapanie i przebadanie zwierzęcia pomaga w ustaleniu właściwego leczenia. Obserwacja trwa ok. trzech tygodni, po których, jeśli u zwierzęcia nie doszło do pojawienia się objawów, uznaje się je za wolne od wścieklizny. Niewinnie wyglądająca wiewiórka lub dający się pogłaskać lisek, czy nawet kot z osiedlowego śmietnika, mogą stanowić dla człowieka śmiertelne zagrożenie. Pamiętajmy o tym podczas naszych wiosennych wypraw na łono natury.
- Anna Paszkiewicz-Ekner
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Wścieklizna, szał, porażenie”
Skomentuj