Przed każdą rodzinną imprezą uczestnicy z grubsza są w stanie przewidzieć która ciotka opowie po raz kolejny o swojej trzustce, jaki kawał opowie wujek, co stryjenka sądzi o swoim zięciu. Słowem, rodzinna atmosfera świątecznego obiadu.
Oczywiście są w trakcie większości takich imprez zdarzenia, które, jako rodzinne anegdoty, opowiada się latami, lekko je ubarwiając. To dziadek zgubi szczękę w zupie, to stryjek walnie w talerz nadużywszy pysznej nalewki babuni. Są to oczywiście losowe rodzinne przypadłości. W każdej rodzinie jest też ktoś, kto zmęczony przerywaniem opowiadanych przez siebie kawałów, historyjek z podróży do Wiednia czy wód, raz na jakiś czas w przypływie desperacji zaczyna tańczyć na stole lub przynajmniej prosi o kawałek makowca posmarowany musztardą. Efektem jest zagwarantowanie desperatowi „jego pięciu minut w wiekowej rodzinnej historii”.
Gdybym felieton z ostatniego PULSU pod tytułem „Powszechna historia pychy” nazwał próbą tańca na stole, to byłaby to gruba przesada, ale wizja przesympatycznego autora, który żąda podania kawałka makowca posmarowanego musztardą prześladuje mnie od chwili zakończenia czytania treści napisanej jego ręką. Bo cóż mnie, czytelnika, człowieka widzącego w desperacji politycznej zwanej referendum jedyne panaceum na marazm i sposób funkcjonowania obecnego samorządu, może razić w tekście opisującym „powszechną historię pychy”?
W tekście rozpoczynającym się opisem stosunków rodzinnych Zygmunta Starego i Bony Sforzy, płynącym poprzez kilka przykładów na ujawnienie pychy w życiu ludzkim i społecznym a kończącym się sugestią, że w naszej gminie odradza się tradycja liberum veto. Ano może. Najważniejsze jest to, że autor zapewne z niemałym trudem, który jako ktoś kto również lubi posługiwać się słowem doceniam, oddzielił swoją historię pychy od tego z czym przez wieki jest łączona w mitach, filozofiach i naszym życiu codziennym. Czyli z ….. władzą. Czymże byłaby historia pychy bez tego swoistego rezonansowego wzmocnienia? Historią tragicznie kończącej swoje życie żony króla uznawanego przez wielu żyjących pod jego panowaniem za despotę w białych rękawiczkach? Historią biedoty szlacheckiej gotowej za tygodniową pijatykę w karczmie zerwać każdy sejm, czy sejmik? Czy ma być historią ośmiu mieszkańców naszej gminy tworzących komitet referendalny? Z pewnością nią nie jest.
Historia pychy to mit o królu Kreonie, który przekonany o swojej słuszności doprowadza do śmierci wszystkich, których kocha. Historia pychy to historia wiary Heroda w to, że jest w stanie jednym rozkazem nakazującym zabójstwa pierworodnych zabić Syna Bożego. Czy można pychę Heroda oddzielić od jego władzy? Historia pychy, to mroczna średniowieczna inkwizycja, która w imię Stwórcy z przyzwoleniem władców Europy wycinała w pień intelekt, różność kulturową i spowolniła rozwój cywilizacyjny. Historia pychy … ano właśnie, czy tylko taka odległa historia?
W swojej książce były brytyjski polityk, a z zawodu lekarz David Owen (”In Sickness and in Power: Illness in Heads of Government During the Last 100 Years”) zajął się szukaniem syndromu pychy w kontekście psychologii polityki. Widząc pod jaką presją żyją politycy zaczął się zastanawiać nad tym, jak choroby wpływają na proces decyzyjny przywódców wielkich mocarstw. Zauważył, że niektórzy z nich, choć nie byli chorzy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, doznawali takiego zatrucia władzą, że upośledzało to ich zdolność osądu. Opisuje on sygnały ostrzegawcze: niewzruszona pewność siebie, lekceważenie rad i niezwracanie uwagi na szczegóły. W rezultacie tego procesu stopniowo następowała utrata kontaktu z rzeczywistością. Według Owena Neville Chamberlain, David Lloyd George, Tony Blair, Margaret Thatcher (w późnych latach), George W. Bush i Hitler – wszyscy oni mieli syndrom pychy w czystej postaci. Owen unika odpowiedzi na to, czy uznać pychę władzy za coś, co powinno eliminować z życia politycznego. Ale chce, aby syndrom pychy był uznany za konkretną jednostkę chorobową, by można było go leczyć. Wyborcy wiedzą, że władza psuje człowieka i kiedy używają słów w rodzaju „wariat”, „bufon”, „zarozumialec”, zwykle mają rację.
Tyle były już minister rządu brytyjskiego. A co z nami i naszymi raszyńskimi pychami? Piszę tę erratę do felietonu „Powszechna historia pychy” bynajmniej nie z pozycji potencjalnego lekarza ani naszej władzy samorządowej, ani jej elektoratu. Chcę, aby każdy z czytelników „Pulsu Raszyna” miał pewność, że ta powszechna historia nie jest wyłącznie historyjką z jednej, i to krótszej, części ulicy Lotniczej. Jedno jest pewne, jak z każdymi świąteczno – rodzinnymi historyjkami i opowiastkami… o tym, która przetrwa więcej obiadów rozstrzygnie nasza lokalna historia. No, chyba że ktoś znowu przy stole zażąda makowca posmarowanego musztardą.
– Jacek Wiśniewski
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Antyfelieton: Makowiec posmarowany musztardą”
Skomentuj