// czytasz...

Felieton

DDD, czyli dysfunkcyjne dzieci i dorośli

Byłem kilkakrotnie w tzw. domach małych dzieci. To dramatyczne przeżycie. Dzieciaki czepiające się ubrania, szukające zauważenia, aprobaty, choćby promyczka miłości u nieznajomego wzburzają pokłady wielkiego współczucia i cierpienia.

Los wobec niektórych dzieciaków bywa okrutny. Te małe istotki często uwikłane są w tragedie nieudanych związków ich rodziców – czyli dwojga innych dzieci, udających dorosłych, którym zachciało się miłości, kojarzonej głównie z seksem. No i zdarzyło się, hi-hi-hi… Infantylizm i brak odpowiedzialności był i jest plagą tego świata. Tymczasem wiadomo, że dzieciństwo jest kluczem do udanego życia – bądź też nieszczęśliwego. W dzieciństwie dostaje się wyposażenie niezbędne w dalszym życiu. W miłość i życzliwość dla świata albo w nienawiść do niego, skłonności do depresji, manii albo do dwóch w jednym. Gdy zabraknie miłości dla małego człowieka, robi się z nim, mówiąc językiem młodzieżowym, „masakra” i „kaszana”.

Potwierdzają to długoletnie badania grupy osieroconych dzieci, które nie zaznały miłości i troskliwości. Ze wstrząsających danych wynika, że po 20 latach wiele z nich trafiło do szpitali psychiatrycznych, albo też zatrzymało się w rozwoju psychicznym, pomimo starań o wyposażenie ich w umiejętności, mieszkanie, pracę itd. Natomiast sieroty z drugiej grupy, zajmujące się codziennie niepełnosprawną dziewczynką, mogące wyrażać swoje uczucia i dostające miłość i troskę, otoczone uwagą i szacunkiem – stały się samodzielne i stworzyły udane związki małżeńskie. Wszyscy bowiem potrzebujemy miłości! Choćbyśmy nie wiem jak śmiali się z tego uczucia, to jest ono podstawą udanego życia. Nie miłości rozumianej jako namiętność seksualna, ale życzliwości dla innego człowieka: miłości do bliźniego. Wszyscy potrzebujemy miłości do siebie samych, by móc ją przekazać innym. Tylko proszę nie mylić tego stanu z narcyzmem czy egocentryzmem.

Niedawno w niedzielę, w drodze do kościoła na Rybiu, mijałem pewnego ojca. Chyba powinno się jednak słowo ojciec wziąć w cudzysłów. Pan o czerwonawej twarzy ochrzaniał mniej więcej czteroletniego synka podniesionym, agresywnym tonem: – Dlaczego taki głupi jesteś!? – powtarzał. – Kto tu jest głupi? – zastanowiłem się. Dziecko milczało coraz bardziej przerażone, więc ojciec nakręcał się dalej w swej wściekłej „władzy absolutnej”: – No powiedz wreszcie coś! Czy ty w ogóle umiesz mówić!? – krzyczał. Dziecko kurczyło się coraz bardziej, porażone lękiem przed ojcem, potworem strasznym i niebezpiecznym. Mały człowiek odczytuje mowę ciała tak samo, a może i dokładniej niż dorośli. Czuje agresję i potwornie się jej lęka. Zaczyna się wtedy fatalny proces: wszystko co robi, wydaje mu się złe, bo jest ochrzaniany, zadeptywany, a nie nagradzany.

Niby mamy XXI wiek i podobno poziom świadomości wzrasta. Pewnie wzrasta, ale to tu, to tam, a nie wszędzie. Sceny jak ta bardzo mnie poruszają. Nigdy nie wiem, co mam w takich sytuacjach robić. Kiedyś zwracałem uwagę agresorom, nim nauczyłem się, że najczęściej kończy się to jeszcze większą awanturą – a w końcu znów obrywa dziecko. Psychola nie sposób zmienić bez terapii: on i tak będzie uważał dziecko za swą własność, a nie za małego człowieka, któremu należy się szacunek, pomoc i życzliwa uwaga. Policja nie przyjedzie, bo co to za afera, jakaś tam przemoc psychiczna: przecież nikt nikogo nie bije. A „Niebieska linia” nie pomaga na odległość.

Czy ludzie zdają sobie sprawę, że postępowanie takich ojców wobec zastraszanych dzieci to hodowla potencjalnych psychopatów? Ten mały chłopczyk na progu życia ma już tylko dwie drogi przed sobą: albo będzie niedorajdą, zastraszonym życiowym popychadłem, co przypłaci depresją. Albo też zostanie nieczułym przestępcą, którego skacowany tatuś nauczył niczego nie czuć, bo to zbytnio boli. Nie czując siebie, nie czujemy innych. Dlatego Stalin i Hitler skazywali na śmierć miliony bez mrugnięcia okiem. Oni po prostu nic nie czuli, byli pozbawieni empatii; no, może poza własnymi urojeniami i paranoją. Obydwaj byli niemiłosiernie bici w dzieciństwie. Ich przestraszone, skarlałe ego odtąd ciągle potrzebowało żeru z innych ludzi.

Biedne są niektóre dzieci: porzucane, karcone, łajane, upokarzane, bite, odsyłane do domów dziecka. Cierpiące za nie swoje winy. Wprawdzie nie wyrzuca się ich na śmietnik, jak w antycznym Rzymie, albo nie oddaje do klasztoru, gdy było ich za dużo, jak w średniowieczu Hildegardę z Binden, która w końcu została świętą. Ale przemoc psychiczna jest równie katastrofalna, jak fizyczna, a może i gorsza. Nie można też dziecku uczynić większej szkody, niż łajać je, porzucić, pozbawić rodzicielskiej miłości czy oddać.

Zaczepił mnie niedawno były pensjonariusz domu dziecka koło marketu „Real” w Jankach z prośbą o datek. Mówił, że już wszystko w porządku, aż w końcu przyznał, że nie za bardzo: cierpi na chorobę dwuafektywną. Nie patrzy w oczy, boi się świata i ludzi. Buja się pomiędzy depresją a manią. To horror, a nie życie. Jest jednak w tych zdarzeniach pewien morał. Gdy dziecko chowane w atmosferze przemocy zacznie dorastać, pierwsze „bęcki obskoczy” właśnie kochany tatuś albo mamuśka. Rachunek krzywd zacznie się wyrównywać. I wtedy owi „rodzice” zaczną narzekać, jaki to potwór wyrósł, co to kradnie, pije albo i jeszcze gorzej. A tymczasem dawne pomiatane dziecko w ten dysfunkcyjny sposób zacznie wyrównać braki aprobaty i miłości. Do tych rodziców nie dotrze nigdy prawda, że sami zapracowali przez wiele lat na pojawienie się „potwora”.

Koło będzie się toczyć dalej: nie znając innych wzorców, pogubione Dorosłe Dziecko Dysfunkcyjne (DDD) będzie wychowywać swego następcę – kolejnego DDD. Wściekłego na wszystko i wszystkich frustrata. Fatalne koło przekazywania dysfunkcji przerywa się wtedy, gdy DDD w którymś pokoleniu jakimś cudem trafi na terapię. Ale po co, przecież żal pieniędzy czy czasu na takie głupoty, jak rozmowy z psychologiem, czy choćby przytomnym człowiekiem.

Dyskusja

4 komentarze do notki „DDD, czyli dysfunkcyjne dzieci i dorośli”

  1. Bymoze dobrym rozwiazaniem mogly by byc polaczone domy dziecka i starcow, gdzie maluchy uczylyby sie opieki nad starszymi oraz oswajalyby sie ze staroscia i smiercia a starsze osoby nie czulyby sie tak totalnie opuszczone… Tak, personel tez musialby byc bardzo dojrzaly emocjonalnie i oczywiscie kochajacy innych ludzi. Nie zadni zwyrodniali wychowawcy…

    Autor:baso | 27.9.2009, 22:33
  2. Bardzo ważny problem. Jestem ddd byłam krzywdzona, bita, kiedy byłam małym dzieckiem. Strach i ból zosał uśpiony we mnie przez wiele lat, ale wypłynął. Byłam nieobecnym rodzicem, nie ma więzi emocjonalnej między mną i córką, nie umiem kochać, nie wiem co to znaczy miłość. Teraz uczę się tego, jest już za późno, zdążyłam zepsuć wszystko. Dlatego uważam , że tego typu artykuły powinny znajdować się na pierwszych stronach gazet. Gdybym ja przyjrzała się sobie wcześniej, mogłabym coś z sobą zrobić. Dzisiaj uważam, ze najważniejszym celem w życiu jest wychowanie dzieci. Ale nikt nas tego nie uczy, a wzory , które widzielismy w domu były złe i “koło toczy się dalej “.

    Autor:Grażyna | 2.12.2009, 14:11
  3. Rany, nareszcie ktoś konkretny w tak zwięzły i inteligentny sposób ujął istotę problemu DDD. Mój biedny brat poświęcił się, “wyrównał rachunek”, waląc do żyły co tylko wlezie,ja mimo,że zrobiłam studia i jakoś finansowo sobie radzę, codziennie rano myślę o samobójstwie, wiążę się z facetami, których, po jakimś czasie zaczynam sie bać, z wiadomych powodów. Szefowie(ludzie którzy maja nade mna władze)wywołują we mnie nienawiść,tak jak nienawidziłam swojego ojca-szefa. Mam 34, pałętam się po świecie,bez przerwy od kogoś, czegoś uciekając. wszędzie generuję strach, do którego 20 lat byłam przyzwyczajona. O innych emocjach nie juz nie wspomnę. Miałam do wyboru, albo stać się ofiarą, jak Mama, albo być wiecznie o coś wściekłą, jak ojciec. Nienawidzę ludzi, a głównie ostatnio dalszej rodziny, która w okresie niepoczytalnosci starego, okradła ojca na ciężkie pieniądze,(był potwornie skąpy, sporo trzymał na akcjach w domu, czy jak to się tam nazywa nie znam się ?) już nie mówię o innych reakcjach niezrozumnienia naszej tragedii rodzinnej,(kpiny, złośliwości). Na pogrzebie mam nadzieję wyrównać rachunki odrobinę.Mogłabym mieć maleńką kawalerką, jakieś biedne dziecko przygarnąć,ojca genów nie ma co rozmnażać. a tak szoruj kible,ściel łóżka w Irlandii, Norwegii.
    Dziś zmarł ojciec, czas na terapię.

    Autor:kinga | 8.2.2010, 20:01
  4. Swietny artykul. Dziekuje autorowi i prosze o wiecej, gdzie mozna znalezc? Witajcie w klubie DDD. Moja historia? Nieobecny,utalentowany,wymagajacy ojciec i agresywna matka do spolki ze starszym bratem, zaniedbanie. Do tego dwie choroby. Odrzucenie przez matke chorej corki chyba jeszcze bardziej boli, gdy obok w tym samym domu rzadzi, bije i wysmiewa przez 10 lat zdrowy, wysportowany o 6 lat starszy brat, kochany i dopieszczany przez matke. Krzyki matki beda mnie przesladowac w mojej glowie do smierci, epitety takie, ze wstyd powtorzyc, nikt mi nawet nie wierzyl, przeciez tacy wyksztalceni ludzie? To niemozliwe, klamiesz. Jakim cudem otoczenie tyle lat nie pomoglo, znacie to – nikt nie chce widziec. Nawet dalsza rodzina. Jedynym dla mnie ratunkiem bylby dom dziecka, co nawet w pewnej chwili chcialam zrobic sama. Za bardzo sie jednak balam, co ze mna zrobia, gdyby mi sie nie udalo. Zaluje, powinnam. Starzeje sie juz, a wciaz dzien po dniu ucze sie, jak zyc normalnie. Codziennie powtarzam sobie, ze mam prawo jesc, kupic sobie ubranie, zasluguje na milosc i szacunek, itp, i wciaz co rano pokonuje strach przed wyjsciem z domu. Nerwica blokuje mi normalne funkcjonowanie, np czesto sie spozniam, dostajac ataku paniki przed wyjsciem – trace pamiec, trzese sie. Wszystkie porazki obsesyjnie tluka mi sie po glowie przez dlugi czas. Gdy zdarzy sie drobne niepowodzenie, mam ochote od razu ze soba skonczyc, przeciez jestem do niczego, takie kaleki jak ja powinno sie zabijac po urodzeniu, szkoda czasu i pieniedzy. To smieszne, ale wciaz tak reaguje. Braku milosci, troski i akceptacji matki nie da sie niczym zrekompensowac. Pogodzilam sie z tym i radze sobie coraz lepiej. Przerobilam terapie, leki, przyjaciol, ale oczywiscie zwiazek mi sie nie udal, bo nie mogl udac, wychowuje wiec moje dzieci sama. Jak? dobre pytanie – czy nie przekazuje im zlych wzorcow, pewnie tak. Kocham je bardzo, przytulam, rozmawiam, nigdy nie uzylam epitetu, chwale, pewnie przeginam w druga strone, bo przyjaciele mowia, ze powinnam wiecej wymagac, nad czym tez pracuje. Nie utrudniam im spotkan z ojcem, maja dobry kontakt. Nie mam z dziecmi wlasciwie zadnych problemow – to moje najwieksze szczescie i sukces. Zobaczymy pozniej, wciaz czeka mnie wiele pracy. Teraz nie jestem pewna, czy jako DDD powinnam miec dzieci, stalo sie to wtedy, gdy do konca nie zdawalam sobie sprawy, jak bardzo jestem pokaleczona. Odpowiedzialnosc za nie utrzymala mnie przy zyciu, ale czy beda szczesliwe po wychowaniu przez taka matke jak ja? Dopiero kika lat temu ucieklam od toksycznej rodziny, gdy dotknelam cienkiej czerwonej linii. Balam sie, ze osieroce dzieci. Mam przeciw sobie cala rodzine, ktora dotad sciga mnie poczuciem winy. Na mysl, ze musialabym zajac sie matka, boli mnie zoladek. Powiedzialam wiec – NIE. To bylo najodwazniejsze posuniecie w moim zyciu – ucieczka i odmowa, bo mam prawo wreszcie zaznac spokoju i cieszyc sie zyciem, jestem NORMALNYM CZLOWIEKIEM,a moje choroby to drobiazg w porownaniu z odrzuceniem i przemoca. Jestem sama z dziecmi i czuje sie dobrze. Realizuje marzenia. Przytulam wszystkich spragnionych akceptacji DDD. Wszyscy jestesmy super – mielismy po prostu pecha. Zaslugujemy na wszystko, co najlepsze. D.

    Autor:Del | 3.5.2010, 23:17

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • Del: Swietny artykul. Dziekuje autorowi i prosze o wiecej, gdzie mozna znalezc?...
  • Paweł: Walczą z muzułmanami ,już ich mocno polubiłem ,zresztą karzda religia z...
  • hal: Wszystko zależy od osobnika. Doczytaj!
  • Ja: “Kłopoty zaczynają się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy człowieka zaatakuje ich...
  • kinga: Rany, nareszcie ktoś konkretny w tak zwięzły i inteligentny sposób ujął istotę...