Stopniały śniegi a wiatr wysuszył brudne kałuże. Ciepłe promienie poranków przywracały do życia ukryte w pąkach listki, trawy i kwiaty. Rozległe łąki po obu stronach al. Krakowskiej pyszniły się zielonymi i żółtymi barwami kwitnących kaczeńców. Nad tym zielonożółtym dywanem unosiły się wielobarwne motyle, a poranna mgiełka powoli odsłaniała oddalone części łąki.
Nad aleją drzewa rozpinały swój ocieniający baldachim. Był maj. W połowie lat 50-tych uruchomiono połączenie autobusowe Raszyna z Warszawą, była wielka radość i nie było potrzeby chodzenia do Okęcia, gdzie w miejscu biurowca PZL-Okęcie, rozpoczynała swoją jednotorową trasę linia tramwajowa nr.7.
Autobus linii 130 kursował z rynku przy kościele. Na przystankach ustawiały się kolejki i nie było mowy o tłumie wciskającym się jak leci. Autobusy mały dwoje drzwi. Przy tylnych było podwyższone miejsce dla konduktora sprzedającego bilety i ciągle upominającego pasażerów słowami „proszę przesuwać się do przodu”, jako że, przepisowo wysiadało się tylko przednimi drzwiami.
Za przyczyną tak dogodnej komunikacji stawy raszyńskie stały się miejscem wypoczynku warszawiaków. Z nadejściem lata, w każdą niedzielę autobusy przywoziły całe rodziny letników objuczonych koszami z jadłem i popitką. Rozkładano się w upatrzonych cienistych miejscach i szybko nawiązywano znajomości. Dzieciaki zjadały śniadanie i można było pławić się w słońcu, kąpać, lub pogrążyć w błogim lenistwie. Czysta woda zachęcała do pływania, a więc powstawały lokalne kąpieliska, zaopatrzone w szybko konstruowane skocznie i trampoliny. Najbardziej obleganym był staw „na wałach”, usytuowany zaraz za mostkiem i trochę wyżej od innych zbiorników.
Wczesną wiosną strażacy budowali miejsce do zabawy, potocznie nazywane dechami. Był to obszerny drewniany pomost otoczony balustradą z oliwnymi latarniami oświetlającymi tańczących. Na jednym boku usytuowane było zadaszone podwyższenie dla orkiestry, a z tyłu mieścił się obwicie – jak na owe czasy – zaopatrzony bufet, w którym piwa i wina („patykiem pisane”) nie brakowało nigdy. Przy stoliku sprzedawano bilety, a wejścia obstawiali strażacy kontrolujący przepływ tańczących. Jeden bilecik upoważniał parę do tańca trzech granych kawałków.
Orkiestra – mała perkusja, skrzypce, akordeon i czasami saksofon – grała ochoczo do ciemnej nocy. Ostatni autobus odchodził o 23., ale zabawy trwały często o wiele dłużej. W czasie imprez dochodziło czasami do nieporozumień wśród męskiej części rozbawionych gości, ale zasadniczo rozwiązywano je we własnym gronie. Czasami tylko niezbędna była interwencja miejscowej milicji lub patrolu wojskowego. Władzę reprezentowało dwóch funkcjonariuszy w pobliskim komisariacie. Mimo drobnych incydentów wszyscy bawili się doskonale.
Początkowo dechy ustawiano w pobliżu drogi na cmentarz. W późniejszym okresie na końcu głównej grobli, a ostatnio budowano je na rozległej łące przy mostku, gdzie dziś mieści się warsztat samochodowy, stolarnia i sklepy. W tym miejscu dechy miały już oświetlenie elektryczne. Czasy się zmieniały. Łąki powoli zabudowano. Strumyk stawał się coraz dziwniejszy i dużo mniej wiosną rozkwitało kaczeńców. Stopa życiowa rosła w górę, a warszawiacy zaczęli kupować motocykle, samochody i działki pod lasem. Kąpielowe wycieczki i zabawy na dechach przestały być modne, a woda w stawach zrobiła się niezdrowa. Jeszcze przez jakiś czas niosło z łąk kumkanie, a z ulicy Słonecznej tęskny głos akordeonu, ale… nastały nowe czasy.
– Tadeusz Strzelczyk
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Dechy”
Skomentuj