„Takie będą rzeczypospolite, jakie ich dzieci chowanie”, głosi powiedzenie przypisywane Janowi Zamoyskiemu. W rzeczywistości przez tysiące lat najtęższe umysły nie doceniały znaczenia dzieciństwa w życiu człowieka. A tymczasem to w dzieciństwie dostajemy „sterowniki”, które decydują o naszym udanym lub nieudanym życiu.
Z dzieciństwa myśmy wszyscy, wszystkie nasze sposoby reagowania, radości i urazy. Niekiedy „chip” wpięty przez rodziców jest tak wysokiej jakości, że gwarantuje dziecku poczucie szczęścia. Ale równie często jest tak wadliwy, że gasi radość istnienia.
Szkoła życia
Takim nie do końca uświadomionym gorzkim życiem żyją „dorosłe dzieci dysfunkcyjne”, czyli ofiary przemocy, alkoholizmu, zimnego emocjonalnie ojca albo histerycznej, kontrolującej wszystko matki. Ich reakcje, pełne egocentryzmu i niechęci są wynikiem traumatycznego dzieciństwa.
Ileż ja się nasłuchałem opowieści o tych dzieciństwach! Kiedyś nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi cierpi na aleksytymię, czyli nie okazuje uczuć, dlaczego są tak sztywni, zamknięci, egocentryczni, albo chorobliwie głośni, zajmujący przestrzeń innym, skupieni na sobie. A gdzie się mieli nauczyć tej emocjonalnej sztuki życia, skoro jako dzieci byli poddawani rozmaitym opresjom?
Znam np. nieszczęśników, którym wmawiano, że są genialnymi muzykami, więc wbrew ich chęci pogrania w piłkę z kolegami, „kochani rodzice” wciskali ich w krzesło, by pograli – nudne gamy. Poprzeczka dla tych dzieciaków została ustawiona przez rodziców zbyt wysoko. I tak wyrastają kolejni frustraci bez talentu, którzy wciąż chcą udowodnić światu, że są „genialni”, a w rzeczywistości sieją wokół walkę. Nawet nie wiedzą, że jako niedojrzałe emocjonalnie dorosłe dzieci realizują nie siebie, ale ambicje sfrustrowanych rodziców.
Spartańskie wychowanie
Dzieje i teraźniejszość są bowiem także historią nieświadomości ludzkiej. Ludzie nie usiłują pojąć, jaka siła ich pcha do władzy, pieniądza czy przestępstw albo dominacji nad innymi. Czują tylko w sobie tę „siłę”, uważają ją za normalną, podczas gdy to jedynie ich „dziecko wewnętrzne” kieruje się „chipem” wszczepionym przez rodziców, szkołę itd. Spotkali się też na pewno państwo również z typem „królowej”, której się „wszystko należy”.
Z biegiem lat z młodej kapryśnej dzieweczki zmienia się ona w jędzę nie do zniesienia dla otoczenia, roszczeniową i obrażalską. Skąd one się biorą? Ano z dzieciństwa i rodzinnej chatki. „Królowania” i „panowania” nad światem dziecko uczy się np. od matki, skłóconej z mężem, albo od ojca rozpieszczającego nieprzytomnie córeczkę. I tak wyrasta kolejny dorosły bachor z pretensjami i urazami, daleki od zadowolenia.
Najgorsze jednak „życie wewnętrzne” mają małe ofiary przemocy; szczególnie, jeśli bicie przypominało wyrachowaną egzekucję. Zaroiło się w Polsce od tragicznych i śmiertelnych pobić niemowląt i małych dzieci, stąd może taki smutny ton mego felietonu. W historii, niestety, pełno było przypadków przemocy wobec dzieci, gdyż już Likurg, legendarny współtwórca potęgi Sparty, nakazywał do opieki nad chłopcami wyznaczać „dorosłych dozorców z biczami, aby wymierzali chłostę w razie potrzeby”. Nic dziwnego, że Sparta dochowała się zimnych, psychopatycznych wojowników, którym dostęp do własnych uczuć i empatii zablokował bat.
Ale nie tylko w Sparcie: bicie było „środkiem wychowawczym” przez tysiąclecia. „Ilekroć opuściłem się w pracy, brałem w skórę. (…) baty, jakie dostawałem, budziły śmiech dorosłych … były dla mnie prawdziwą, ciężką niedolą. (…) Głupstwa dorosłych nazywa się zajęciami. Kiedy zaś chłopcy głupstwami się zajmują, dorośli wymierzają im karę”, zżymał się św. Augustyn ok. roku 400 w Wyznaniach.
Nauka miłości
Zajmując się wiele lat historią mam coraz silniejsze poczucie, że wojny prześladujące ludzkość to wynik wychowywania właśnie poprzez stosowanie przemocy (wystarczy słowna), a nie przez dobroć i stosowny przykład. Szczęśliwie świat od czasów Erazma z Rotterdamu zaczął odchodzić od powszechnego stosowania chłosty wobec dzieci. Ale w zamian pojawiło się obecnie pokolenie aspołecznych „hedonistów”, czyli miłośników przyjemności, których niewiele więcej obchodzi nad czubek własnego nosa. Pełni retoryki miłości, nie chcą wchodzić w trwałe związki miłości wymagające. Swój „pomysł na życie” wynieśli jednak nie tylko z domu; ich styl bierze się również z naśladownictwa i wzorców pokazywanych w MTV i innych „stacjach zbiorowego obłędu”.
Socjologowie i psycholodzy wskazują, że znaczna część zbiorowisk ludzkich pozostaje do końca życia infantylna, czyli dziecięca w życiu emocjonalnym. Nigdy nie wejdzie w dorosłość, będzie uciekać od odpowiedzialności. Często więc duże dzieci wychowują małe dzieci. Rozejrzyjcie się Państwo wokół i w domu, kto rośnie pod waszym dachem: szczęśliwa dziewczyna, roszczeniowy agresywny bachor, a może „dobrze ułożona” panienka, tłumiąca złość pod przyklejoną maską uśmiechu? Jako ojciec też mam swoje problemy…
Właściwe wychowanie jest bodaj najtrudniejszą rzeczą, pomimo że jest na to prosta recepta. Wystarczy wyrażać i okazywać miłość, ciekawość wobec świata dziecka, wyrozumiałość. Ale do tego, by wychowywać dziecko w duchu miłości, trzeba samego czuć ją w sercu. O tę miłość dla bliźnich w społeczeństwie zagonionym za pieniądzem jest chyba obecnie najtrudniej, choć tak naprawdę wychowanie i samoświadomość jest dużo ważniejsza niż dobrobyt. Pogodne dzieciństwo utrwala wewnętrzne poczucie radości; szczęściarzem jest zatem ten, kto ma kochających mądrze rodziców. I takich Wam, kochani milusińscy, życzę w Waszym dniu i życiu, jak i memu dorosłemu synowi.
– Jerzy Besala
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Jerzy Besala: Jak dzieci wychowują dzieci”
Skomentuj