Siedzę nad biografią małżeństwa Zygmunta Starego i Bony Sforzy – połączenia spokojnego Jagiellona z zaborczą jędzą na tronie, a do moich uszu coraz natarczywiej docierają odgłosy waśni.
Są to nie tyle kłótnie historyczne, którymi się zajmuję z racji zawodu, ile całkiem współczesne. Np. postulowane jest referendum nad służbą zdrowia – ciekawe jednak, czy starsi chorzy to przeżyją. A w Raszynie podobne referendum usiłują przeprowadzić niektórzy mieszkańcy, sfrustrowani poczynaniami wójta, który rzekomo nie realizuje obietnic wyborczych.
Jako historyk nie znam kraju, w którym ludzie i stronnictwa by się nie kłóciły. Paradoksalnie, konflikt był i jest motorem postępu. Tylko naiwni sądzą, że uda im się przejść przez życie i czasy bez sporów. Bajka słodkiej miłości i bezustannej wymiany komplementów jako sposobu na życie może jest dobra na imprezie poetek w gminnym domu kultury, czy u cioci na imieninach, ale w życiu nie chce się spełnić. Konflikt i cierpienie zewsząd wyłazi, pokazuje swą brutalną twarz. Jak sobie z tym poradzić? Wielu mędrców nie miało złudzeń co do podłych cech ludzi: rzymskie przysłowie mówiło „Człowiek człowiekowi wilkiem”. XVII-wieczny filozof Tomasz Hobbes był przekonany, że świat to walka wszystkich ze wszystkimi, XX-wieczny Carl Schmitt uznał, że naturalnym stanem jest wrogość między ludźmi. Czarny świat podłości odmalowywał Dostojewski, a egzystencjalista Sartre był przekonany, że „piekło to inni”.
Działo się tak mimo że większość ludzi wierzy w naukę Jezusa, który wniósł do skarbnicy ludzkości pojęcia powszechnego miłosierdzia i miłości do bliźniego jako wyrazu najwyższego człowieczeństwa. Niewierzący, którzy czytają i myślą – sięgają czasem po Ericha Fromma, który pisał, że jedynie miłość do ludzi jest środkiem na dobre istnienie, chroni przed konfliktem i samotnictwem. Obie filozofie i wiary gorąco polecam. Kiedyś myślałem, że takie rozważania to gadanie uniwersyteckich mądrali, nijak mające się do życia. Musiałem otrzeć się o śmierć i kryzys osobowości, by dotarła do mnie mądrość i oczywistość tych nauk. I wtedy też pojąłem prawdę o źródle tej nienawiści i traktowania sporu jako wojny. Na imię ma pycha – hybris – co w grece oznacza również potworność.
Dopiero, gdy się z nią spotkałem, zrozumiałem też, dlaczego hybris była grzechem głównym, tak dla judeochrześcijan, jak i antycznych Greków. Z pychy, czyli żądzy panowania nad innym człowiekiem, rodzą się bowiem kłótnie. Różni je od konfliktów to, że kłótnie pysznych ludzi służą zadeptywaniu i szkalowaniu „wrogów”. Ludzie cierpiący na pychę wierzą też, że zadeptując słowem działają w słusznej sprawie, że „wiedzą lepiej”, „zrobią lepiej” i że „mają rację”. To, że w rzeczywistości najczęściej idzie im o prywatny interes, albo wyrównywanie braków emocjonalnych z dzieciństwa – usiłują zepchnąć do podświadomości. Anglicy, którzy mają długie tradycje wymiany ostrych polemik w parlamencie, dobrze znają zasadę, wedle której zaczynając konflikt trzeba znać jego zakończenie. Sztuka prowadzenia konfliktu, a nie kłótni, polega na czymś bardzo ludzkim: na stosowaniu zasady con amore. Co to oznacza? Ano to, by wykładać swe przeciwne racje zawsze z szacunkiem i miłością do bliźniego. Nie podejrzewać go o najgorsze.
Co zdradza pysznych ludzi? Z pewnością „język ciała”, który wedle badań przekazuje nam – uwaga! – ok. 90 proc. informacji o człowieku. Ponadto „język określa człowieka”, jak zauważył Ludwig Wittgenstein. Niezwykły XX-wieczny filozof rozdał potrzebującym fortunę po ojcu, nim doszedł do wniosków uznanych przez wielu za genialne. Wittgenstein zauważył bowiem, że nawet kilka słów i sposób mówienia pokazują prawdę o mówiącym: czy jest nadętym bufonem, przepełnionym pychą i chorą ambicją, czy też infantylnym osobnikiem, pełnym dziecięcych roszczeń („mnie się należy i już”). A może np. pracowitym technokratą albo neurotyczną entuzjastką dożynek w kulturze. Wcale nie jest trudno wyczuć innych ludzi. Jest tylko jeden szkopuł: otwarcie na innych, a nie skupienie na sobie. Ale na to trzeba rozmowy, czasu, uwagi i życzliwości. Tę przytomną empatię skierowaną na inną osobę obecnie mają już tylko terapeuci – ale czynią to za duże pieniądze. Taka to ich praca, poprawiająca skołatanym komfort życia. Sztuka zrozumienia innych okazuje się dziś jedną z najtrudniejszych.
Piszę to z przygnębieniem, bo rzeka pychy, kłótliwości, obryzgiwania błotem słów piętrzy się w Raszynie. W naszej zbiorowości napływowych ludzi „podwarszawy”, mających wzorce kulturowe rodem z kłótliwej kieleckiej wsi, pomieszane z warszawskim „cwaniactwem”, brakuje zwornika. Tego, którego demokracje zachodnie dorobiły się wiele lat temu: szacunku dla władzy i obywatelskiej uczciwości. Władzy rzeczywiście należy patrzeć na ręce. Ale i spokojnie z nią dyskutować. Nie można natomiast od razu posądzać jej o najgorsze, czy też wywracać do góry nogami, podkładać jej bezustannie nogi, a nuż się wywróci. Praktyka niezadowolenia z wszelkich rządów i wywracanie ich to odwzorowanie tradycji zrywanych sejmów i paraliżu władzy w XVIII-wiecznej Polsce. Towarzyszył temu powszechny jęk na wszystko i wszystkich. Jak dzisiaj.
Polacy, a już szczególnie raszynianie, pozostali mistrzami w narzekaniu i kwestionowaniu wszystkich dokonań, także władz, pomimo że nie ma dawno okupacji szwedzkiej, niemieckiej czy sowieckiej. –Źle, źle zawsze i wszędzie, ta nić czarna się przędzie – pisał katastrofista C. K. Norwid, wyprzedzając epokę PRL-u i III Rzeczypospolitej. Ironizując, pewnie dlatego samotnik z paryskiego Domu św. Kazimierza został uznany za wieszcza i geniusza. Idąc tym tropem, odnoszę niemiłe wrażenie, że niektórym zawsze będzie źle. Choćby władza postawiła pałac, to i tak powie, że to nie tak. Bo nie w tym kolorze, przekrój rur gazowych za duży, a poza tym sąsiad ma większy. Póki co, pociechą jest, że można się już zapisywać na wycieczki na Księżyc. To dobra wiadomość dla miejscowych (bogatych) narzekaczy. Przynajmniej można pooglądać z góry punkcik zwany Polska i Raszyn. No i poczuć się pysznie.
– Jerzy Besala
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Jerzy Besala: Powszechna historia pychy”
Skomentuj