O demokracji, literaturze i małomiasteczkowych kompleksach rozmawiamy z Jerzym Pilchem, znanym pisarzem i felietonistą „Dziennika”.
Anna Paszkiewicz: Zaczynając od kwestii podstawowej – jaka, na tą chwilę, jest w Jerzym Pilchu proporcja prozaika do felietonisty?
Jerzy Pilch: Od zawsze jestem prozaikiem piszącym felietony, nie felietonistą piszącym prozę – tak to można uporządkować. Natomiast przywiązuję i do jednego i do drugiego jednakową wagę. Tak samo jedno i drugie mnie niekiedy i morduje, i uskrzydla. Mam potrzebę, być może gasnącą nieco z czasem, bieżącego komentowania wydarzeń politycznych, czyli bycia felietonistą. Niemniej moje felietony zawsze były bliskie prozy. Nie piszę prozy felietonowej, raczej powieściowe felietony.
Odebrał Pan wiele nagród literackich, m.in. NIKE 2001 za powieść „Pod Mocnym Aniołem”. Czy kiedykolwiek miał Pan poczucie niesprawiedliwości związane z tym, że pana książka została niedoceniona przez krytykę, niesłusznie nienagrodzona? I odwrotnie, czy kiedykolwiek nagrodę, bądź nominację zdobyła pozycja, po której nie spodziewał się pan aż takiego sukcesu?
Wszystkie nominowane i nagrodzone być nie mogą. Nie mam powodów do narzekań – wystarczająco wiele moich książek zostało zauważonych. Nie będę też dementował tu nadmierności zauważenia mojej prozy, bo to nie moja rola. Do niedawna wydawało mi się, że taką niedoszacowaną książką w moim dorobku jest powieść „Tysiąc spokojnych miast”, którą osobiście bardzo lubię. W tym roku, w którym się ukazała, wydałem również tom felietonów („Tezy o głupocie, piciu i umieraniu”, 1997 – przyp. a.p.) i nominację do nagrody NIKE dostałem za ten właśnie zbiór, który wszedł nawet do finału, przez co, w pewnym sensie, felietonistyka zasłoniła tę książkę. Ale i to z czasem się zmieniło. Niedawno miała miejsce bardzo dobra i dość głośno omawiania adaptacja teatralna Jacka Głomba (spektakl zatytułowano „Zabijanie Gomułki” – przyp. a.p.), z bardzo dobrym aktorem w roli Pana Trąby (Zbigniew Waleryś – przyp.a.p.). Więc i ta książka została po latach oświetlona.
Woli pan oglądać „Spis cudzołożnic” czy „Narty ojca świętego”?
Niczego nie mówię przeciwko Jerzemu Stuhrowi. „Spis cudzołożnic” to jest jego film, jego adaptacja, jego wizja mojej książki. Doznaję tu jednak pewnego poczucia obcości. A „Narty ojca świętego” to tekst pisany z myślą o teatrze, po którym, z natury rzeczy, oczekiwałem spełnienia teatralnego. Wolę „Narty…”, dlatego, że nie ma tu pewnych oddzielających mnie obszarów. Po prostu wolę to, co bardziej moje.
Jerzy Pilch (ur. 10 sierpnia 1952 r. w Wiśle) – prozaik i publicysta, jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy współczesnych. Publikował m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, potem „Polityki”, obecnie jest stałym felietonistą „Dziennika”. Laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich (1989) oraz Nagrody Literackiej NIKE (2001). Autor m.in. „Spisu cudzołożnic”, na podstawie którego Jerzy Stuhr nakręcił film o tym samym tytule (1995), oraz dramatu „Narty ojca świętego”, wystawianego w Teatrze Narodowym.
A generalnie, woli pan kino czy teatr?
Kino jest sztuką młodości. Ważną książkę można przeczytać w każdym wieku, a mam wrażenie, że ważne filmy można obejrzeć wyłącznie w młodości. Inaczej się wtedy reaguje, inaczej wspomina. Teatr jest w tym sensie bliższy literatury, że zawsze to jest pewien dramat, tekst. Strasznie ważne było dla mnie kino. Filmy mistrzów Formana, Felliniego, Bergmana, Wajdy ukształtowały mnie. Pewne przeżycia związane z „Szeptami i krzykami”, „Fanny i Aleksander”, z wczesnymi czeskimi filmami Formana, z Wajdą wreszcie, jego czterema, pięcioma genialnymi obrazami, są nie do zapomnienia. Ma to jednakowoż wadę swoich zalet, bo jak się trafiło na taką młodość kinową, to mało co potem może wyrównać. A moje zainteresowanie teatrem było raczej okresowe, raz bliżej, raz dalej, teraz chyba trochę dalej.
Pisze pan często o złożonym, przenikającym się kompleksie własnego ojca. A pan miał kiedyś kompleks, dajmy na to, wiślanina w Krakowie?
O pewnej części kompleksów nie da się nic powiedzieć, bo są głęboko nieuświadomione. Natomiast kompleks, który można nazwać kompleksem człowieka z prowincji, w różnych pasmach mam do dzisiaj. Może dziś mam do tego większy dystans, czynię z tego pewien rodzaj oręża, mam to opracowane literacko, dyskursywnie. Ale to było bardzo mocne. Spędziłem najgłębsze dzieciństwo w Wiśle i przychodząc do Krakowa, do czwartej klasy szkoły podstawowej, miałem kłopoty z językiem polskim, bo mówiłem gwarą. Gwara beskidzka nie jest może tak wyrazista, jak podhalańska, ale jest to wystarczająco obcy język dla dziesięciolatka, który dziwnie mówiąc wzbudza pewną wesołość kolegów. Z czasem to, oczywiście maleje i słabnie.
Pisze pan regularnie, z podkreślaną często protestancką systematycznością. Chętnym spróbowania sił w zawodzie literata doradza pan wytrwałość i odporność na zniechęcenie. Jaka jest recepta na sukces literacki? Talent czy pracowitość?
Ja generalnie uważam, że do pisania trzeba zrażać, nie zachęcać; utrudniać, pociemniać, nie pojaśniać; nie stwarzać cieplarnianych warunków. I wtedy, jak ktoś się załamie – to trudno. Literatura to jest jednak obszar walki gatunków, w którym przetrwają najsilniejsi. Najsilniejsi, czyli utalentowani i pracowici. Poza tym odwiecznym banałem, nikt nigdy nic lepszego nie wymyślił.
Powiedział pan kiedyś za Miłoszem, że jest pan przeciwny upływowi czasu. A kiedy powie pan za Horacym „nie wszystek umrę”?
I to i to można powiedzieć od razu. Trudno być za upływem czasu, każdy kto przytomny, jest przeciwko. A jakaś nadzieja w tym, że książki po mnie pozostaną, oczywiście, jest. Śmierć jest czymś tak przerażającym, jak wchodzi się w wiek, w którym zaczyna w ogóle istnieć – bo przecież przez większą część życia po prostu nie istnieje w sensie ścisłym, nie dotyczy nas – że pisanie automatycznie staje się również jakąś formą sprostania mijającemu czasowi.
Powiedział pan, że do duszy człowieka dochodzi się po przedmiotach. Do duszy literata dochodzi się po jego książkach?
Tak.
A książka ma duszę?
Ma.
Po czym dochodzi się do duszy książki?
Ja dochodzę do duszy moich ulubionych książek w taki sposób, że za nimi tęsknię. Że biorę „Czarodziejską górę” po raz sto siedemdziesiąty ósmy, zanurzam się w tamten świat. Że dusza książki przypomina mi o rzeczach, których nie zauważyłem przedtem, ujawnia kolejne odsłony, że to co już raz mi mówiła, teraz mi powtarza.
Przejdźmy do polityki. Cieszy się Pan z upadku projektu IV Rzeczypospolitej?
Jeśli ten projekt napisany był w języku, jakim władza mówiła przez ostatnie dwa lata, to nie ma się nawet z czego cieszyć, bo upadek był ewidentny. Wiedzieli to wszyscy, z wyjątkiem, oczywiście, samych polityków sprawujących wtedy władzę oraz wybitnych specjalistów i diagnostyków politycznych, którzy snuli nie wiadomo jakie prognozy, nie mając pojęcia o rzeczywistości w Polsce. Dla mnie wynik wyborów nie był żadnym zaskoczeniem. Byłem absolutnie pewny wysokiego zwycięstwa Platformy. Dla każdego, kto miał odrobinę optymizmu i wiary w ten kraj, kto trochę słuchał, jak ludzie mówią, jak reagują, było jasne, że będzie to miażdżąca klęska Kaczorów i tej agresji. I tego bardzo nikczemnego, złego języka. Chociaż na pewien sposób zło, nikczemność są ciekawe. Dużo ciekawsze niż poczciwość i bezbarwność. Neron podpalił Rzym, żeby było ciekawie.
A, jako człowiek kultury, czuje się pan rozczarowany rządami Platformy?
Mało jest zasad w zawodzie pisarza, sprowadzają się głównie do ortografii i tworzenia czytelnej konstrukcji. I właściwie wszystko wolno, jest bardzo mało obszarów tabu. Ale jednym z zakazów, jest zakaz chwalenia władzy. Pisarz nie może, z definicji, chwalić władzy, choćby był bratem prezydenta. To zawsze źle się kończy. Trzymając się tych zasad warsztatowych – nic dobrego o aktualnej władzy nie powiem.
Wydaje się natomiast, że na razie niechęć do poprzedniej ekipy pracuje na korzyść obecnej. Zwolennicy poprzedniego rządu ciągle mówią, że gdyby to i to zrobiły Kaczory, to jakiż byłby szum i atak w mediach. Otóż, jest to zdanie samobójcze – jest w nim oczywista konstatacja, że w Kaczyńskich było coś, co z natury rzeczy budziło niechęć. Wybory obecnie nie są wyborami, ale castingiem. Nic nie wiemy o programach, tylko mamy świadomość, że np. w Stanach Zjednoczonych rywalizuje biała kobieta z czarnym kandydatem. To są elementy czysto formalne, których jednak nie można lekceważyć; które nie mają żadnego znaczenia, jeśli chodzi o program polityczny, ale rozstrzygają o wyborach politycznych.
Pewna naturalna groteskowość braci Kaczyńskich mogła być przez nich wykorzystana bardzo dobrze a została zaniechana absurdalnymi decyzjami. Mogli uczynić siłę, paliwo castingu społecznego, ze swojej wyjątkowości dziejowej, również fizycznej. Ale odwrócili się od tego i poszli w program – rozliczymy, zbudujemy, pozamykamy, kogo się da. Skończyło się, jak się skończyło.
Jeżeli założymy, że głupota jest cechą, której trzeba się bać, a głupota u władzy cechą, której trzeba się bać podwójnie, to kogo teraz bałby się pan najbardziej?
Wydaje mi się, że ci niebezpieczni krzykacze eliminują się sami na jakimś wczesnym etapie. Nawet, jeśli któryś zostanie wicepremierem, to jest to owoc wyjątkowo karkołomnej rozgrywki parlamentarnej. Natomiast, oczywiście, to się w dziejach zdarzało, masowe mordy popełniali faceci w marynarkach i krawatach. I dalej chodzimy w marynarkach i krawatach i to trochę źle rokuje. Ale mnie się zawsze wydaje, że w sensie politycznym będzie lepiej. Także nie przewiduję, na tą chwilę, żadnych katastrof.
I na zakończenie – skłania się pan ku centralizacji czy decentralizacji władzy?
Jestem po stronie starego frazesu, że demokracja ma właściwie same wady, ale nic lepszego nie udało się, jak do tej pory, wymyślić. Bardzo by mnie ciekawiła jakaś światła dyktatura, ale w aspekcie czysto teoretycznym. Nie sądzę bowiem, żebym się dobrze czuł, gdyby nawet najświatlejsza jednostka miała jakąś władzę dożywotnią w Polsce.
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Jerzy Pilch: Kompleks człowieka z prowincji”
Skomentuj