W początkach lat 50-tych tylko Aleję Krakowską i ulicę Słoneczną ocieniały rozłożyste korony drzew, pod którymi całymi dniami trwały zabawy okolicznej dzieciarni. Przylegający do ulic ogród pana Banaszka był idealnym miejscem do zabawy w berka, podchody, lub chowanego.
Ulica Słoneczna – a raczej droga – była gładka i dobrze ubita, często pełniła rolę boiska na którym graliśmy w szczypiorniaka, lub w dwa ognie. Czasami zabawę zakłócał przejazd wozów wypełnionych pod niebo węglem, a ciągnionych przez olbrzymie konie o długich grzywach i obrośniętych, wielkich kopytach. Patrzyliśmy z zachwytem na te potężne zwierzęta, które, sapiąc jak lokomotywy, wolno i uparcie ciągnęły swoje brzemię.
Przed wieczorem dzieciarnia biegała nad rzeczkę do wcześniej zbudowanej trawiastej tamy spiętrzającej wodę i zażywała kąpieli, aby choć trochę zmyć z siebie trudy całego dnia i nie narażać się na gniew matki. W okresie wakacji zabawy często przeciągały się do nocy i kończyły je dopiero nawoływania zatroskanych rodziców. Rozbawieni i zmęczeni wracaliśmy do domów delektując się feerią gwiazd i pełnią księżyca, przy której drzewa nabierały tajemniczych kształtów, a błogą ciszę podkreślało dochodzące z łąki kumkanie.
Przedwojenne domy przy Nadrzecznej 5, 9, 22 i 28, Słonecznej 2, 4, 8, 15, 17 i 21, Sportowej 10b, 14, al. Krakowskej 14, 20, 24, Bocznej 3 i budynek przy Bema 22 – stojący w znacznym oddaleniu od innych domów, „na Syberii” – były jedynymi w tej okolicy Raszyna i wyznaczały obszar nazywany Probostwem. Odznaczały się solidną konstrukcją i dachami krytymi czerwoną dachówką. Miały wejście oficjalne i wejście kuchenne, taras i obszerny kawałek ziemi. Powojenni lokatorzy zajmowali wszystkie pomieszczenia, od piwnic do poddaszy.
Następne budynki usytuowane były od Szkolnej do Na Skraju, po obu stronach al. Krakowskiej, okrytej baldachimem dorodnych drzew. Na innych obszarach, tak gęsto obecnie zabudowanych, były pola uprawne, dostarczające dzieciarni warzyw tak niezbędnych do prawidłowego wzrostu. Smak rzodkiewki, marchewki, czy ogórków zbieranych wieczorami prosto z pola pamiętam do dziś.
Czasy jedynie słusznych racji ideologicznych i pryncypialnego likwidowania indywidualnego rolnictwa, nazywanego pogardliwie „kułactwem”, powodowały ogromne braki żywności. Ideologia – owszem, jest potrzebna, ale jeść trzeba! Zaradni obywatele obstawiali swoje domostwa szopami, komórkami, chlewikami, kurnikami i inną zabudową, w której hodowano wszystkie stworzenie nadające się do jedzenia. Rano piały koguty, chrząkały prosięta i gulgotały indyki, a wieczorami słychać było rozmowy właścicieli gołębi trzymanych w okazałych gołębnikach. A były to nie byle jakie budowle! Smukłe niby wieże gotyckich kościołów, pyszniły się obszernymi, płaskimi dachami, z zamontowanymi przemyślnymi konstrukcjami krat, siatek, rawek, oraz innego przemyślnego sprzętu do chwytania obcych gołębi.
W pogodne popołudnia odbywały się najciekawsze spektakle. Stada krążyły nad Probostwem i na tle czystego nieba wykonywały majestatyczne zwroty i przetasowania. Hodowcy donośnie gwizdali, bili w blachy i wymachiwali szmatami osadzonymi na długich tykach, zmuszając gołębie do wykonywania wysokich lotów. Cały ten rwetes robiony był celowo. Chodziło o to, aby „moje stado rozproszyło jego stado, a jego gołąb dołączył do mojego stada i wylądował na moim gołębniku”. Jeśli to się udało, należało obcego zwabić pod siatkę i zamknąć. To był honor i tryumf. Pozostali pasjonaci zbierali się przy gołębniku szczęśliwca, omawiali zdarzenie i ustalali cenę wykupu. Dyskusje często bywały żarliwe i ostre, ale mały poczęstunek serwowany przez gospodarza i odrobina czegoś do popicia, rozładowywał napięcia przeciągając wesołą już imprezę do ciemnej nocy.
Nastały jednak czasy, w których gołębie zaczęły przeszkadzać. Gwizdy i pokrzykiwania ludzi zastąpił huk silników, a na niebie miejsce cichych białych gołębi zastąpiły samoloty. Zmieniono nazwę mojej Słonecznej – jej patronem został Konstanty Rokossowski, zaś Aleję Krakowską nazwano Aleją Wissarionowicza Stalina i łączyć zaczęła Warszawę ze Stalinogrodem. Jedynie żaby na pobliskich łąkach pozostały takie same i, nic sobie nie robiąc z ideologicznych pryncypiów, rechotały po swojemu, tylko jakby trochę głośniej. Po kilku latach „ojciec narodów” okazał się mordercą, a Konstantego usunięto z portretów.
Po czasie gniewu narodów końca lat pięćdziesiątych, Probostwo powoli zaczęło zmieniać wygląd. W miejscach, gdzie rosła rzodkiewka, zaczęły powstawać nowe domy, a na fali „odwilży” i budowania ustroju „z ludzką twarzą”, przywrócono słońce mojej ulicy. Warszawę i Katowice ponownie połączyła Aleja Krakowska i zaczęto intensywnie budować, rozwijać i umacniać sojusz robotniczo chłopski. Sztandarowe budowy w kraju i sama Warszawa wchłonęły wielu mieszkańców Probostwa. Znikały gołębniki, zmieniały się obejścia, a z przedwojennych budynków powoli zaczęły odpadać tynki.
Ostatnio jednak nastał okres renesansu i dzięki zapobiegliwości nowych właścicieli odzyskują zabytkowy urok. Do takich należy mój rodzinny dom na ul. Słonecznej 4, który pan Ściuba, obecny właściciel, pieczołowicie odnawia i przywraca dawny przepych budowli. Na ulicę nie dochodzi głos radia i orkiestry Wesołowskiego, ani mandolin Ciukszy. Nie słychać akordeonów pana Litke, a wiosną nie widać w oknach tataraku ani młodych brzozowych gałązek. Przeżyte lata nie pozwalają już zwołać dzieciarni i bawić się „w chowanego”…
– Tadeusz Strzelczyk
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Opowieści o starym Raszynie: Gołębniki”
Skomentuj