// czytasz...

Historia

Opowieści o starym Raszynie: Poniatówka

W czasach, kiedy inwestowanie własnych pieniędzy nie było uznawane za ideologiczne przestępstwo, mieszkaniec Raszyna nabył budynek i postanowił urządzić w nim restaurację.

Miejsce dobrane było tradycyjnie przy rynku, w pobliżu policji i kościoła. Wnętrze – jak głoszą ustne przekazy ówczesnych bywalców – urządzone było z przepychem, a kunsztownie obudowany bar stanowił znakomitą ozdobę całości. Lokal był dobrym punktem zbornym robotników budujących drogę, czyli dzisiejszą Aleję Krakowską. Mogli tu odpocząć i zjeść obiad. Wieczorami i w dni świąteczne lokal był miejscem spotkań lokalnej socjety. Zapobiegliwy i patriotycznie nastawiony właściciel nadał przybytkowi nazwę „Poniatówka”, upamiętniającą dowódcę wojsk Polskich w bitwie pod Raszynem w 1809.

Po zakończeniu II wojny światowej lokal – jako przejaw czasów burżuazji i wyzysku ludu pracującego – stał się własnością społeczną pod zarządem Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Nazwę, na szczęście, pozostawiono w spokoju. „Poniatówka” – to słowo znane było daleko poza Raszynem. Można je było usłyszeć w rozmowach pasażerów warszawskich tramwajów, autobusów i taksówek. Często bywało wymieniane podczas podróży koleją. Głośniejsze wypowiedzenie tej nazwy w otoczeniu przypadkowych osób mogło spowodować, że stawałeś się kolegą wszystkich, lub większości obecnych. To był klucz do nawiązywania znajomości i wspólnych spotkań w miejscu, którego wizytówką była ta nazwa.

Lokal mieścił się przy Alei Krakowskiej – na końcu ryneczku, gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni. W latach 60-tych miał wiele obiegowych określeń: restauracja, knajpa, jadłodajnia, lub mordownia, a każdy bywalec tytułował po swojemu. Wielokrotnie zmieniano wystrój wnętrza, zależnie od mody i nakazów realnego socjalizmu. Prosto z ulicy wchodziło się do baru i jednocześnie sali konsumpcyjnej. Na zapleczu urządzono pokój dla bardziej okazjonalnych spotkań w ścisłych gronach i tam obsługiwali kelnerzy. W pewnym okresie były również dancingi. Ta forma rozrywki kulturalnej nie została jednak zaakceptowana przez bywalców. Jedno było stałe i niezmienne. Było to coś, co nadawało rozgłos i powodzenie „Poniatówki”. Był to mianowicie swojski zapach kuchni, smak podawanych zakąsek i dań głównych, oraz miła – acz stanowcza obsługa. No i rzecz najważniejsza -przystępne ceny.

Zakąski bywały różne, zależne od możliwości rynkowych czasu realnego i siermiężnego socjalizmu na dorobku. Jak pamiętam, schabowy z kapustą i śledzie prawie zawsze były dostępne. Śledzika w oleju z cebulką jako przekąskę do małej wódeczki wspominam czule do teraz. Przybytek wyrafinowanego smaku i niepowtarzalnej atmosfery, usytuowany w dyskretnym i dogodnym miejscu z dobrym dojazdem stanowił wymarzone miejsce spotkań w interesach, towarzyskich i rozrywkowych. W porze obiadowej o zapełnieniu lokalu świadczył długi rząd zaparkowanych rowerów, furmanek, motocykli i samochodów. Wieczorami spotykali się tam przedstawiciele towarzystwa lokalnego i praktycznie wszyscy byli ze sobą „na ty”. Jeśli zdarzały się wyjątki, to pierwsze wspólne podniesienie takowe likwidowało.

W czasach pryncypialnie i politycznie przestrzeganej porannej prohibicji, czyli zakazu sprzedaży alkoholu przed godziną trzynastą, bar stawał się oazą, w której pozwalano uśmierzyć bolesne skutki dnia wczorajszego. Oczywiście nielegalne działania personelu należy z perspektywy czasu uznać za słuszne i nacechowane współczuciem bliźniego, oraz logiczną zasadą, zgodnie z którą człowiek chory powinien się leczyć, a nie pracować. Trzeba przyznać, że rozgłos, jaki ten lokal osiągnął, był ze wszech miar uzasadniony. Po jakimś czasie władze uznały, że ta zasłużona dla wielu pokoleń obywateli placówka znajduje się w niewłaściwym i niebezpiecznym miejscu. Zaś wygląd zewnętrzny nie przystoi do czasów sukcesu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i odnowionej trasy przejazdu szacownego pierwszego sekretarza. Wybudowano inną placówkę, w niej nowoczesne wnętrza, błyszczący parkiet, kącik dla orkiestry, boksy dla specjalnych gości i migającą okrągłą kulę. Oddzielne pomieszczenie z barem i kilkoma stolikami było dostępne dla weteranów.

Niestety, w nowe miejsce poza nazwą, nie udało się przenieść urokliwej atmosfery starego lokalu. Czas płynie nieubłaganie i zmieniają się realia. Weterani odchodzą do innego, podobno lepszego świata. Młodzi adepci sztuki upartego trwania w pionie i nierównej walki pomiędzy charakterem a pragnieniem wolą degustować „pod chmurką”, w pubach, pizzeriach, snack-barach i innych lokalach z obcymi nazwami. No i ceny! Porządny lokal to nie jest rozrywka na dzisiejszą proletariacką kieszeń. „Poniatówka” przestała istnieć. Czasami tylko w cichych Polaków rozmowach snują się wspomnienia smaku zakąsek i uroków tamtych lat.
- Tadeusz Strzelczyk

Dyskusja

Brak komentarzy do notki „Opowieści o starym Raszynie: Poniatówka”

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • karol: czy ktos jeszcze redaguje ten kicz?
  • Mariusz: To dziwne myślałem, że jako wice-wójt obecnej kanencji Pan Chmielewski winien...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Mariusz: W Lesznowoli podstawowy problem to komunikacja i ostatnio niestety zalania....