// czytasz...

Jedynka

Tu każdy pies ma swoją historię

Schronisko dla bezdomnych zwierząt „Na Paluchu” znajduje się tuż za granicami naszej gminy. Nadejścia zimy oczekuje w nim ponad dwa tysiące psów i innych czworonogów. Każdy z nich to inna historia, często smutna i dramatyczna. Zwierzaki nie są jednak same: nad tym, by przetrwały najzimniejsze dni czuwa grupa pasjonatów, w większości wolontariuszy. W tym szczególnym miejscu historie zwierząt zbiegają się z losami najróżniejszych ludzi.

Jednostajny, cichy szum wznoszącego się samolotu zagłusza szczekanie kilku setek psów. Przez schronisko dla bezdomnych zwierząt „Na Paluchu” rocznie przewija się ich około czterech i pół tysiąca. Usypiane są nieliczne, i tylko z powodów humanitarnych. – Ponad 80 proc. zwierząt znajduje tu nowych właścicieli – cieszy się Wanda Dejnarowicz, dyrektor schroniska. Z dumą oprowadza nas między zagrodami, w których biegają zwierzęta. Wszystkie psy są zadbane, sierść mają lśniącą. – Są bardzo ufne i łagodne – zapewnia pani dyrektor. – Każdego można pogłaskać – twierdzi. Pierwszy, którego spróbowałem dotknąć, najwyraźniej mnie nie polubił. – Zdarza się – uśmiecha się pani Wanda. – Są tu na przykład psy, które w ogóle nie lubią mężczyzn. Może któryś je bił?
Na Paluch trafiają też inne czworonogi. Swój budynek mają tu koty, z których część przebywa w kocim szpitalu. Jest ich jednak tylko ok. 80, bo miasto opiekuje się nimi inaczej – większość po prostu zagląda do „gniazd opieki” na posiłek. Prócz kotów znaleźć można czasami pojedyncze sztuki lubianych przez młodzież gryzoni. Ale przede wszystkim – psy. Na terenie schroniska stoi kilkanaście murowanych budynków. W każdym z nich znajdują się boksy dla zwierząt i ogrodzony wybieg. Czworonogi, które nie żyją dobrze z innymi, trzymane są w osobnych budach. Ale myliłby sie, kto by myślał, że na Paluchu jest im źle. – Po pierwsze, wszystkie nasze psy są socjalizowane – opowiada Wanda Dejnarowicz. – Wolontariusze wyprowadzają je na spacery, opiekują się nimi.
Przy każdej zagrodzie czy budzie znajdziemy informację o psie, jego krótką historię i informację o tym, kto się nim zajmuje. Codziennie 300 psów jest wyprowadzanych na smyczy poza teren schroniska. Na każdego z setki wolontariuszy przypadają trzy spacery. Sztab weterynarzy dba o zwierzęta w osobno wybudowanym szpitalu. – Mamy w nim świetną salę operacyjną z laserowym skalpelem, pięć łóżek, nawet respirator – opowiada Dejnarowicz. Pokazuje psa, który trafił do schroniska schorowany i ślepy. Tutaj przeszczepiono mu soczewkę i teraz zwierzę może normalnie widzieć-
– Kiedy trafiłam tu pięć lat temu natychmiast zorientowałam się, że dużo musi się zmienić – opowiada dalej pani dyrektor. – Czasem ludzie, którzy przynieśli psa, dzwonili po kilku miesiącach zapytać o jego los. Często padało pytanie czy nie został uśpiony. Dziwili się, kiedy mówiłam, że u nas psów się nie usypia. Albo zostaną adoptowane, albo dożyją swoich dni – mówi. Jeden z psów stracił w wypadku tylne łapy. Gdzie indziej byłby to może wyrok śmierci, a na Paluchu dostał wózek, dzięki któremu może się normalnie poruszać. W gabinecie pani dyrektor siada mi na kolanach mały psiak. Na łapie ma opatrunek, a spod sierści sterczy mu wenflon – znak niedawno przebytej operacji.
Wszystko kręci się tu wokół psów. A ludzie? – Ludzie są różni – opowiada dyrektorka schroniska. – Z jednej strony mamy grupę fantastycznych pracowników i wolontariuszy. Ci ostatni sami się zgłaszają, przechodzą egzaminy i szkolenia. Pracownicy schroniska to świetna ekipa, chociaż kiedy zostałam dyrektorem, kilku z nich musiało się pożegnać z pracą. Ich stosunek do zwierząt zupełnie tu nie pasował – wspomina. Są też ludzie, którzy przychodzą tutaj adoptować zwierzaka. Jest ich dużo. Takich osób jest dużo. Każdego dnia nowych właścicieli znajduje kilka zwierząt. – Nie jesteśmy sklepem zoologicznym – mówią pracownicy schroniska. Odpowiedzą tak każdemu, kto zechce przygarnąć psa, nie spełniając odpowiednich wymogów. Każdy przypadek jest sprawdzany, a w umowie adopcyjnej jest zastrzeżenie, że schronisko może kontrolować losy zwierzaka u nowych właścicieli. W tym roku dwa psy wróciły na Paluch. – Różne motywy kierują ludźmi przy decyzji o wzięciu psa – opowiada pani dyrektor. – Czasem po wyjątkowo ładny, rasowy okaz ustawia się długa kolejka chętnych. Kiedy się dowiadują, że pies jest wykastrowany i nie będzie z niego pięknych i drogich szczeniaków – nie zostaje ani jeden chętny. A podobno człowiek, to brzmi dumnie – zastanawia się gorzko. Jednak większość adopcji dochodzi szczęśliwie do skutku. Od kilku lat przygarnianych jest coraz więcej psów w starszym wieku, często także chorych. – Takie adopcje są bardzo udane, bo decydują się na nie ludzie świadomi, że życie psa i człowieka nie będzie usłane różami – uważa Wanda Dejnarowicz. Dzięki temu będą stanowić dobraną parę.
– Przemysław Bociąga

Dyskusja

Jeden komentarz do notki „Tu każdy pies ma swoją historię”

  1. dejnarowicz to kłamczucha. Nie robi nic a nic dla poprawy warunków zwierząt, nie wydaje psów i kotów do adopcji, bo ma co miesiąc na każdą sztukę 300 zł tytułem kosztów utrzymania – lepiej zeby taki pies padł w schronisku niz znalazł dobry dom. To samo tyczy się kotów – padają jak muchy – CO NA TO PANI HANNA GRONKIEWICZ-WALTZ???

    Autor:Nadia | 26.5.2009, 15:14

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • karol: czy ktos jeszcze redaguje ten kicz?
  • Mariusz: To dziwne myślałem, że jako wice-wójt obecnej kanencji Pan Chmielewski winien...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Mariusz: W Lesznowoli podstawowy problem to komunikacja i ostatnio niestety zalania....