Nim kur zapieje, i wzejdzie słońce, kolejka liczy kilkanaście osób. Skuleni ludzie stoją obok słupów, aby choć trochę osłonić się od lodowatego wiatru. Niektórzy zbijają się w grupy, osłaniając nawzajem. Skoro świt pierwsi przekupnie ustawiają swoje samochody, aby zająć jak najlepsze miejsce do pracy. Rozstawiają skrzynki z owocami i warzywami kupionymi w nocy na bazarze i pod szyldem rolników indywidualnych liczą na godziwy zarobek.
Mieszkańcy okolicznych domów idąc do pracy nie zwracają uwagi na zmarzniętych, tupiących w chodnik rodaków. Oni mają inne cele, inne zmartwienia i mało czasu. Wstaje słońce i ludzi jest coraz więcej, ale brama pozostaje zamknięta dla czekających, których mróz szczypie w nosy, drętwieją im ręce i nogi, więc ratują się przed wyziębieniem rozcierając uszy i tupiąc zamaszyście w chodnik. Cierpią, ale czekają uparcie i z wiarą na zajęcie dobrego miejsca w wyścigu do szczęścia. Wreszcie nadchodzi oczekiwana chwila i brama zostaje otwarta.
Pobliski budynek szybko wchłania czekających, którzy we wnętrzu formują przykładną kolej-kę, w oczekiwaniu na otwarcie okienka. Mają około godziny, aby stojąc nieco się rozgrzać i obeschnąć. Na zewnątrz życie toczy się własnym rytmem. Zmieniają się rządy, kraj pokonuje kryzysy, toczy się zażarta dyskusja, jak poprawić los obywateli i zmniejszyć podatki. Tu jed-nak, w tym małym światku codzienności, nic się nie zmienia. Ludzie, którzy przez lata praco-wali uczciwie, a dziś podupadli na zdrowiu, trwają nadal pozostawieni sami sobie w oczeki-waniu na panią z okienka i z pytaniem, czy załapią się „w pierwszej dziesiątce”. „Czy nie przyjdzie mi odejść z kwitkiem i jutro zająć miejsce przed bramą jeszcze wcześniej”?
Godziny tych wydarzeń mijają się sprytnie z godzinami rozpoczęcia pracy urzędników i wójta pobliskiej gminy, którzy o określonej porze idą do pracy odśnieżonym i posypanym chodni-kiem i lokują się w swoich cieplutkich pokojach aby piastować swoje funkcje. W błogości wła-snej wygody nikt, ani radni, ani wójt, ani urzędnicy, nie pomyślał o ulżeniu doli czekających obok na mrozie ludzi i wystawieniu niewielkiego zadaszenia z ławeczką, lub wcześniejszego wpuszczania do budynku. Zapewne dzieje się tak w trosce o prestiż i dobry wygląd ulicy przed szacownym Urzędem Gminnym, któremu bazar i śmieci jakoś nie przeszkadzają. Tak niewiele potrzeba aby ulżyć tym ludziom i tak wiele zarazem aby zmienić naszą urzędniczą mentalność i zrobić coś dobrego dla innych.
– Tadeusz Strzelczyk
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Tadeusz Strzelczyk: Wiata”
Skomentuj