Radni zaakceptowali projekt wprowadzenia opłat adiacenckich na terenie gminy w wysokości 30 proc. Sprawa wzbudza wiele kontrowersji, bo uchwała daje wójtowi prawo naliczania opłaty na przykład wszystkim mieszkańcom, których posesje zostaną podłączone do wodociągu, kanalizacji czy drogi publicznej. Tylko czy będzie z niego korzystał?
Zgodnie z ustawą o gospodarce nieruchomościami z 1997 roku (z późniejszymi zmianami) opłata adiacencka to inaczej opłata ustalona „w związku ze wzrostem wartości nieruchomości spowodowanym budową urządzeń infrastruktury technicznej” z udziałem środków budżetowych, albo też w związku ze scaleniem i/lub podziałem nieruchomości.
Dwa i dwa to…
Problem wynika stąd, że w ekonomii nie zawsze dwa i dwa daje cztery. Często sprzedaż czterohektarowej działki w jednym kawałku przynosi mniejszy zysk, niż sprzedaż czterech działek o powierzchni hektara. Dlatego sam fakt administracyjnego podziału lub scalenia działki zwiększa jej wartość. Podobnie jest z wybudowaną za gminne pieniądze drogą czy wodociągiem.
Janusz Rajkowski, wójt gminy Raszyn
Poinformuję radę jeśli zajdzie konieczność naliczenia opłaty adiacenckiej. Niektórzy obawiają się że będzie ona stosowana wybiórczo, komuś na złość. Rozumiem, że zaufanie do władz się zmniejszyło i to uderza w samorząd. Mogę tylko zapewniać, że władza będzie traktować wszystkich równo i dbać o interes gminy, nie poszczególnych grup czy własny.
Choć nie wszyscy o tym wiedzą, idea opłat przyłączeniowych nie jest w naszej gminie nowa. Dotychczas pojęcie można było spotkać przede wszystkim na umowach między mieszkańcami a gminą, w których ci pierwsi dokładali się do samorządowych inwestycji w drogi czy kanalizację. Wkład mieszkańców opisywano jako wpłatę „na poczet opłaty adiacenckiej”, której jednak nie naliczano. – Takie opłaty wprowadziła uchwała z 1996 roku, ale nie było konieczności ich stosowania. Od tego czasu zmieniły się podstawy prawne i trzeba uchwalić nową, bo inaczej budżet się zawali – tłumaczy wójt Janusz Rajkowski.
Dlaczego miałby się zawalić? Jego zdaniem największy problem w tym, że w poprzedniej kadencji przy budowie wodociągów i kanalizacji z wieloma mieszkańcami nie podpisano stosownych umów. – Z niektórymi mieszkańcami podpisano umowę na współfinansowanie urządzeń, a z innymi nie. W ten sposób powstała największa niesprawiedliwość w naszej gminie, bo obie grupy teraz korzystają z kanalizacji, a tylko jedna ją współfinansowała – tłumaczy zastępca wójta Mirosław Chmielewski. Dodaje, że istnienie opłat adiacenckich umożliwi uniknięcie takich sytuacji w przyszłości.
Wszystkich równą miarą?
Jak to działa? Mirosław Chmielewski wyjaśniał podczas ostatniej sesji rady gminy, że w przyszłości gmina ma proponować podpisanie umów z klauzulą o współfinansowaniu inwestycji wszystkim mieszkańcom, których posesje mają być podłączone na przykład do kanalizacji. Jeśli mieszkańcy zdecydują się pokryć część kosztów z własnej kieszeni (obecnie jest to kwota 2400 zł), wtedy opłata przyłączeniowa nie zostanie naliczona. Natomiast jeśli będą woleli kanalizację „za darmo” – wtedy wszystko potoczy się trybem zgodnym z ustawą.
Jednak są to na razie zapewnienia słowne, a w praktyce ustawa daje wójtowi możliwość naliczania opłaty wszystkim, nawet tym, którzy zapłacą. Artykuł 98a mówi, że „jeżeli w wyniku podziału nieruchomości (…) wzrośnie jej wartość, wójt może ustalić, w drodze decyzji, opłatę adiacencką z tego tytułu”. Słowo „może” jest tu kluczowe, bo daje olbrzymią dowolność w nakładaniu opłaty. Wójt może, ale nie musi, nałożyć opłatę „w drodze ugody z osobami zobowiązanymi do zapłaty”. Jeśli do ugody nie dojdzie – opłatę może naliczyć rada.
Sołtys Falent Dużych Jolanta Gotowicz podkreśla, że to właśnie ta dowolność wzbudza największe obawy. – Nie chodzi o to, że my nie chcemy płacić na rozwój kanalizacji, tylko o to, że uchwała nie precyzuje komu opłata będzie naliczana, a kto będzie z niej zwolniony – tłumaczy obiekcje wielu mieszkańców. Z kolei zdaniem sołtysa Raszyna II Jacka Wiśniewskiego uchwała dzieli mieszkańców na tych, którzy już żyją w cywilizowanych warunkach, i tych, którzy jeszcze się do tego klubu nie załapali, a teraz będą musieli płacić. – Opłata za podziały stanowi narzędzie przeciwko właścicielom gruntów ale również, ograniczając inwestowanie w naszej gminie, będzie skutkowała mniejszą dynamiką wzrostu dochodów – twierdzi w artykule zamieszczonym na stronie Dawid Bankowych.
Wójt Janusz Rajkowski argumentuje, że dokładnych przepisów wykonawczych nie można było zawrzeć w uchwale, bo wtedy zostałaby bardzo szybko uchylona. Zapewnia też, że nie będzie nowego prawa nadużywał. – Mam nadzieję, że w ogóle nie będę musiał korzystać z możliwości, jakie daje mi ta uchwała, tak jak nigdy nie skorzystałem z poprzedniej uchwały z 1996. Wprowadzę opłaty adiacenckie tylko wtedy, gdy nie będzie innego wyjścia – tłumaczy w rozmowie z Pulsem. Czy rzeczywiście wszyscy mieszkańcy od teraz będą traktowani sprawiedliwie – czas pokaże.
– Krzysztof Machocki
“Takie opłaty wprowadziła uchwała z 1996 roku, ale nie było konieczności ich stosowania.”
W 1997 opowstała Ustawa, potem wielokrotnie nowelizowana, która nakłada obowiązek przyjęcia stawek procentowych opłat adiaceńskiej przez Radę Gminy. Tytuły opłat są trzy: za podział geodezyjny, za wspłófinansowanie ifrastruktury i za podział i scalenie. Ta ostatnia opłata jest obligatoryjna, ale Rada nie przyjęła do niej stosownej uchwały. Dwie inne oppłaty wprowadza siędycyzją Wójta.
Niby miało być w zgodzie z Ustawą , a jest wykonanie obowiązku w 2/3.
Można by powiedzieć, że te opłąty to nowy rodzaj czynu społecznego.
Gdyby tak przed inwestycją mozna było powiedzieć: ile inwestycja wyniesie, o ile zwiększą się wartości nieruchomości, ile kosztuje naliczanie opłat (chyba głównie koszt rzeczoznawcy), ile opłąta wyniesie?
Może taniej byłoby się złożyć na tą inwestycję bez opłacania rzeczoznawcy?