// czytasz...

Felieton

Hamburger z Krakowskiej

- Poproszę cheeseburgera, tylko bez sera – mówi mężczyzna w średnim wieku. Maciek za ladą uśmiecha się. Cheeseburger bez sera to hamburger – 1,6 uncji kotleta w bułce o średnicy 90 mm. Do tego łyżeczka musztardy i duża łyżka ketchupu oraz dokładnie 9 g siekanej cebulki. Bułka musi zawierać dużo cukru, żeby szybko się przyrumieniła.

Życzenie mężczyzny da się akurat spełnić łatwo, bo “cheseburger bez sera” znajduje się w ofercie restauracji McDonalda. Gdyby go nie było – zamówienie nie byłoby uwzględnione. Licząca sobie pół wieku zasada McDonalda głosi, że uwzględnianie życzeń konsumentów nie służy ani im, ani firmie. Hamburger kosztowałby tyle samo, a przygotowanie go byłoby dłuższe nawet o kilkadziesiąt sekund – a zatem droższe.

Maciek przyjmuje zamówienie, wylicza cenę, wydaje resztę i idzie przygotować towary do wydania. Na wszystko ma wyliczony czas: trzy sekundy na powitanie klienta i zapytanie, co podać. Pięćdziesiąt sekund na położenie produktów na tackę. Ostatnie pięć sekund na pożegnanie, życzenie smacznego i zaproszenie do ponownych odwiedzin. To ważne, bo prawie codziennie zdarzają się anonimowe kontrole: ktoś zamawia big maca tylko po to, żeby sprawdzić, czy zostanie właściwie pożegnany.

Maciek pracuje w McDonaldzie przy szosie Katowickiej przed Nadarzynem, bo w Jankach nie mieli akurat wolnych etatów. Ma 17 lat i to jego pierwsza praca. W Stanach co ósmy mieszkaniec pracował kiedyś przy sprzedaży hamburgerów. Co drugi mieszka w zasięgu kilku minut od najbliższego lokalu firmy. W Raszynie ten warunek byłby spełniony, gdyby nie korki na Krakowskiej.

- Czy jest sok grejpfrutowy? – pyta młody człowiek. Ubrany w szary garnitur, zajechał srebrną laguną. McDonald’s to nie restauracja dla ubogich, ale najczęściej przerwa w trasie: większość z ponad 30 tysięcy restauracji tej marki zlokalizowana jest przy głównych drogach. To istota fast food: szybko zjeść i ruszyć dalej autostradą. Tak było od początku.

– Soku grejpfrutowego nie ma – odpowiada Maciek. – Jest cola, fanta, sprite albo mrożona herbata. – To poproszę piwo – odpowiada meżczyzna.

Tak dobrze nie ma. Menu w restauracji jest opisane od dawna co do milimetra długości frytki i nie daje właścicielowi pojedynczej restauracji żadnej swobody. Jedyna okazja do zmian to szczególne specjały, które i tak w całym kraju wprowadzane są naraz. Jednego dnia klient w Polsce zostanie poczęstowany hamburgerem góralskim, mieszkaniec Ukrainy – takim na modłę włoską, z mozarellą, a Rosjanin zje GrekMaka z serem feta i oliwkami. Ale to już nowy rozdział w dziejach McDonalda, kiedy nowy zarząd zauważył, że “kto stoi w miejscu, ten się cofa”. Wprowadzono też dobrą kawę, która przyciąga konsumentów takich, jak młody człowiek w lagunie.

Ray Kroc, człowiek, ktory zmienił budkę z hamburgerami w międzynarodową sieć fast-foodów, wszystko opisał pedantycznie. Nie tylko średnica hamburgera, ale także sztywność woskowanego papieru, którym przedzielone są kotlety przed smażeniem – zostały opisane w liczącej 685 stron książce, zwanej biblią McDonalda. Każdy ruch i gest pracownika firmy były ustalone w specjalnym kodeksie.

Błogosławione przekleństwo: na całym świecie ludzie zgłaszają się po hamburgery, stale ośmieszane jako symbol globalnej hegemonii USA. “McDonaldyzacja” stała się terminem naukowym dzięki książce amerykańskiego socjologa George’a Ritzera. Publicysta Thomas Friedmann stwierdził, że dwa kraje, które posiadają restauracje ze złotymi łukami, nigdy jeszcze toczyły ze sobą wojny. Stany Zjednoczone przerwały tę sielankę w 1999 nalotami na Serbię.

Tymczasem klienci muszą kaleczyć sobie języki, żeby złożyć zamówienie na amerykańskie potrawy. – Poproszę zestaw “happy metal” – mówi do Maćka pani, która najwyraźniej pomyliła “happy meal” z “heavy metalem”. Gorącą herbatę w tekturowym kubeczku weźmie do auta, bo przed południem chce być w Zabrzu. Za witryną restauracji McDonalda przy szosie Katowickiej maskotka sieci – klaun Ronald McDonald uśmiecha się do budzącego się dnia. W wielu krajach mógłby dzięki swojej popularności wygrać wybory prezydenckie.

- fb

Dyskusja

Brak komentarzy do notki „Hamburger z Krakowskiej”

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • karol: czy ktos jeszcze redaguje ten kicz?
  • Mariusz: To dziwne myślałem, że jako wice-wójt obecnej kanencji Pan Chmielewski winien...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Stefan: Nie jestem mieszkańcem Gminy Raszyn. Chetnie bym tu jednak zamieszkał. W...
  • Mariusz: W Lesznowoli podstawowy problem to komunikacja i ostatnio niestety zalania....