Przeżyłem sporo zim, w tym zimę stulecia w 1978/1979 r. Śnieg sypał wtedy niemal bez przerwy przed Świętami, wiały huraganowe, mroźne wiatry, temperatura spadała do -25 st. C.
Byłoby to do wytrzymania, ale normą w Raszynie było wówczas wyłączanie prądu i nieczynne telefony, które cudem można było „załatwić”. A nasz domek podszyty był głównie eternitem i wiatrem, ogrzewany piecami akumulacyjnymi. Dla mnie owe cuda techniki były szokiem, gdyż sprowadziłem się wówczas z ciepłej, kaloryferowej Warszawy do ukochanej żony walczącej o lepsze dobro socjalistycznej ojczyzny na odcinku oświaty. A w Warszawie jednak żadnych wyłączeń i zimna w domach nigdy nie zaznałem.
Zima, jak i pogoda odgrywały nie raz rolę katalizatora wydarzeń. W roku poprzedzającym „potop” szwedzki 1655, podobno mróz skuł wody cieśnin Bałtyckich tak, że armia szwedzka ze swą znakomitą artylerią mogła przejść po lodzie i tym skuteczniej uderzyć na Rzeczpospolitą. I odtąd zaczęło się Initium Calamitas Regni– Początek Nieszczęść Krtelestwa Polskiego, co szlachta wywodziła od łacińskich inicjałów króla Jana Kazimierza (ICR).
Historycy są też pewni, że mróz i zawieje 1979 r. i spustoszenia, jakie uczyniły one w gospodarce przyczyniły się w znaczącym stopniu do powstania w 1980 r. ruchu „Solidarnościپh i dramatycznego rozstawania się z nieludzkim system komunistycznym. Od klimatu zależy wiele: optymiści sądzą nawet, że w związku ze zmianami klimatycznymi nad Wisłą hodować będziemy niedługo pomarańcze i oliwki, a zamiast trzech miesięcy będziemy mieć np. pół roku lata! Jestem za, ale i przeciw, bo planeta Ziemia może tego nie wytrzymać. Wszak nawet radziecka przyroda nie mogła znieść zaplanowanego przez tow. Stalina i Biuro Polityczne eksperymentu zawracania biegu Obu i Irtysza dla ocieplenia Syberii, a zatem Sybir pozostał mroźny.
Teraz jednak zima długo nas oszczędzała, aż w końcu przyszła i zabieliła raszyńskie ulice, przykrywając rozliczne dołki i dolinki w jezdniach i chodnikach ulic przewidzianych od lat do remontu. W związku z tymi śnieżnymi atrapami jakby mniej słychać o podjazdowych wojnach gminnych: zbawiciele gminy Raszyn przyczaili się zapewne w oczekiwaniu na wiosnę, bo i ludzie zapadli w zimowy sen. Nie ma więc kogo zasypywać ulotkami o jedynie słusznym wyborze na wójta i radnego, bo i tak wszystko przykryje śnieg. Ludzie bardziej zaczynają obawiać się, co dalej z gospodarką polską, gdy nie daj Boże i nas dosięgnie kryzys. A jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami: najchętniej pogodowe kataklizmy ze społecznymi i gospodarczymi kryzysami.
Myśl, jak tu wybić ludzi z tego poświątecznego, zimowego letargu od lat gnębiła nie tylko polityków, ale i handlarzy oraz biznesmenów. Święto zakochanych, czyli Walentynki lutowe wymyślono w Ameryce po to, by zakochani kupili choć dwa serduszka i ożywili stygnący handel. W Polsce tradycja także przyjęła się, ale w innej nieco formie, w czym zdecydowanie wyprzedziliśmy imperialistyczne mocarstwo: takie serduszka ofiarowuje nam także polska Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pod dyrekcją Jerzego Owsiaka.
Ruch ten przypomina pospolite ruszenie i chyba oddaje dużo polskiego zamiłowania do ofiarnych gestów i pomocy poza oficjalnymi strukturami, bardziej przypominającymi urzędy skarbowe niż placówki pomocy. W końcu nosimy w sobie geny i archetypy Polaków, którzy nie tylko przelewali krew za wolność ojczyzny, ale i płacili podczas powstań narodowych tajne podatki na rzecz państwa podziemnego. Polacy zawsze umieli mobilizować się w potrzebie dla innych. Być może dzięki temu inicjatywa Jurka Owsiaka mogła zyskać wprost niespotykane w świecie poparcie. Nie da się nie zauważyć, że dzięki tej akcji szpitale pozyskują drogi sprzęt medyczny, młodzież w roli wolontariuszy uczy się ofiarności, uczciwości i społecznego działania na rzecz innych, a starsi nawet w mrozy czasem się uśmiechają do młodych. To niemało, pomimo głosów krytycznych pod adresem samego Owsiaka, który wyrósł na niemałą gwiazdę.
Ale i artystów Wielka Orkiestra uczy pokory. Mnie też nauczyła. Grałem kiedyś poetyzujące kawałki w ramach Orkiestry w Wołominie. Mróz był trzaskający. Na zapleczu rozgrzewała nas główna gwiazda, czyli Szymon Majewski, któremu buzia się nie zamykała w niekończących opowieściach – od ostatnich wydarzeń, które dotknęły gwiazdę na stacji benzynowej, po kwestie ostatnich kreacji E. Górniak. Jakiejś aktorce serialowej, której nazwiska nie pomnę, gdyż nie oglądam seriali, wdzięczny, wszystkorozumiejący uśmiech nie schodził z ust. W końcu jednak zdołała nas zapowiedzieć.
Zaczęliśmy grać jazzująco-poetyckie utwory, a sala, składająca się głównie z dresiarzy, znacznie się przerzedziła. Zostały miłośnie nastawione panie i panienki. Okazało się, że nie mieliśmy szans w starciu z miłośnikami Stachursky’ego itp. wybitnych artystów.
W tamten pamiętny, zimowy wieczór powiało nam na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy grozą głębokiego niezrozumienia naszej twórczości. Zrozumieliśmy, że muzyka inna niż popowy łomot i rozmowa wyższa nad skecze ADHD w wykonaniu Szymona Majewskiego nie mają szans.
Chodzi więc mi po głowie obecnie myśl, żeby zorganizować także Wielką Orkiestrę dla Głuchych Muzycznie i Nieczułych Psychicznie? Widziałbym na czele tego przedsięwzięcia kilka osób z tzw. „świata kulturyپh; w stosownym momencie listę mogę sporządzić. W oczekiwaniu na odzew, pozdrawiam śnieżnie i mroźnie, ale już z nadzieją na przedwiośnie.
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Jerzy Besala: Zima dla rozgrzewki”
Skomentuj