// czytasz...

Felieton

Opowieści o starym Raszynie: Jak kupiłem bez kolejki

Był koniec lat sześćdziesiątych. Po okresie intensywnego oszczędzania, moi rodzice postano-wili wybudować dom i przystąpili do Spółdzielni Budowy Domów Jednorodzinnych. W tamtym okresie takie organizacje dawały możliwość uzyskania niezbędnego kredytu budowlanego i w miarę legalnego nabycia odpowiednich materiałów, ale nie wszystkich i nie w odpowiedniej ilości. Budynek stanął, jednak w stanie surowym zamkniętym i powstała konieczność wykończenia wnętrz. Tu jednak pojawił się następny problem: jak zdobyć potrzebne materiały?

To były czasy, w których legalne kupienie elementów hydrauliki graniczyło z cudem, trzeba ją było „załatwić”. Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem wstępnie zaprawiony codzienną wal-ką o wszystko, co jest potrzebne do życia. Postanowiłem więc sam przebojem „załatwić” po-trzebne kolanka i złączki. Skierowałem się na warszawski bazar przy Targowej, gdzie dostać można było właściwie wszystko. Snując się smętnie po jego zakamarkach powoli traciłem nadzieję na sukces.

W pewnej chwili usłyszałem słowa rzucone w próżnię i jakby od niechcenia, ale wyraźnie tak, abym tylko ja je usłyszał: czego pan uważasz? Obok mnie stał nieciekawy jegomość, którego fizjonomia nie zachęcała do rozmowy, a którego tym bardziej nie chciałbym spotkać wieczo-rem w okolicach ulicy Brzeskiej. Moja pobieżna znajomość warszawskiego slangu ulicznego okazała się w tym momencie bardzo pomocna. – A co Pan masz? – odpowiedziałem zdaw-kowo pytaniem na pytanie, z obojętnością pozwalającą na szybkie wycofanie się z rozmowy. Pierwsze lody zostały przełamane. – Mam wiele różności, ale co konkretnie pan uważasz? – odpowiedział mój rozmówca. Zaproponowałem, byśmy zapalili „po calaku”, aby się łatwiej rozmawiało i wyłuszczyłem swój problem kształtek. – Jakie ilości szanownego pana interesu-ją? – zapytał rzeczowo. Odpowiedziałem, że tyle różności, ile tylko zdołam unieść w torbie – i byle nie było za drogo. – Towar jest, a cena po dwa złote jak leci – mój rozmówca odpowie-dział bez chwili wahania.

W tamtym okresie nie była to cena wygórowana, więc bez targu wyraziłem aprobatę i chęć „luknięcia” na towar. – Oczywista, ma się rozumieć, nie kupuje się kota w worku. Idź pan ze mną – odpowiedział. Poszliśmy spokojnie na tyły bazaru i weszliśmy w długą bramę budynku przy Brzeskiej. W bramie stało towarzystwo degustatorów. Moją uwagę zwróciła piękna, młoda dziewczyna aktywnie uczestnicząca w czynnościach pozostałych członków towarzy-stwa. Wszyscy obrzucili mnie bardzo wymownymi i zniechęcającymi spojrzeniami. Mój prze-wodnik rzucił stojącym zdawkowe „siemanko”, skorzystał z małego poczęstunku i poprowa-dził dalej żartując mimochodem: – Szanowny pan nie pęka, tu klienta się szanuje i włos z głowy mu spaść nie ma prawa. Nie przekonał mnie wprawdzie do końca tym stwierdzeniem, ale brnąłem dalej. Weszliśmy na kolejne ciemne podwórko i zeszliśmy do piwnicy. Szedłem ostrożnie, bo ciemno było jak w egipskiej piramidzie.

Na drugim poziomie piwnicy przewodnik zapalił świeczkę i otworzył solidną kłódkę masyw-nych drzwi. Poszperał moment i zapalił naftową lampę. – Rany boskie! – wyrwało mi się en-tuzjastycznie na widok towaru usypanego w równiutkie pryzmy. Osobno nowiutkie i osobno używane. Osobno „ocynk” i osobno „czarne”. Takiej ilości i takiego asortymentu nie powsty-dziłby się i dziś żaden sklep tej branży. Przewodnik był wyraźnie zadowolony moim podzi-wem.– Szanowny panie, dziś są takie czasy że bez znajomości wyżyć się nie da, a i bliźniego w potrzebie można poratować. Ceną ustaliliśmy, więc zostań se pan tu i spokojnie dobierz to-war, ja tymczasem skoczę do kolesi bo mi kolejka przepadnie – powiedział rzeczowo – i tyle go widziałem. Zostałem sam w czeluściach głębokiej, przedwojennej piwnicy i wziąłem się za segregację towaru. Odłożyłem na bok kształtki, które były mi potrzebne, zapaliłem papierosa i czekam. Muszę przyznać, że nie czułem się zbyt pewnie. Po jakimś czasie zjawił się mój sprzedawca, szybko przeliczył wybrany towar i zainkasował pieniądze, dorzucając jeszcze kilka sztuk jako premię. Sam nie byłbym chyba w stanie szybko znaleźć drogi powrotnej, jed-nak niebawem wyszliśmy na ciemne podwórko i do bramy wejściowej, gdzie nadal stało to samo towarzystwo, które zaprosiło mnie do pomocy przy opróżnieniu nowej butelki „paty-kiem pisanego”.

Dla gościa znalazła się świeżo wypłukana i zamaszyście wytrząśnięta musztardówka i wypili-śmy „za udaną transakcję”, ja z czystej musztardówki, oni po kolei „z gwinta”, zapaliliśmy „po calaku”. Przy pożegnaniu, życząc powodzenia przy budowie dorzucili – Jak będziesz pan miał jakieś życzenie to zapraszamy do nas, a i Wioletka będzie może wolna w tym czasie. Jadąc do domu z torbą pełną bezcennych kształtek rozmyślałem skąd wiedzieli, że ta dziew-czyna tak mi się podobała? Było nie było, tyle pięknego towaru, bardzo miła obsługa, a wszystko to bez kolejki.
– Tadeusz Strzelczyk

Dyskusja

2 komentarze do notki „Opowieści o starym Raszynie: Jak kupiłem bez kolejki”

  1. Bardzo ciekawe historie starego Raszyna. Czekam na następne.

    Autor:Julia | 13.6.2009, 17:33
  2. Cytat:
    W tamtym okresie nie była to cena wygórowana, więc bez targu wyraziłem aprobatę i chęć „luknięcia” na towar.

    Z punktu widzenia językoznawczego intryguje mnie owo “luknięcie”. Czy w końcu lat sześcdziesiątych tak się mówiło?

    Autor:Konrad Zubko | 17.6.2009, 6:24

Skomentuj

Ostatnie komentarze

  • Del: Swietny artykul. Dziekuje autorowi i prosze o wiecej, gdzie mozna znalezc?...
  • Paweł: Walczą z muzułmanami ,już ich mocno polubiłem ,zresztą karzda religia z...
  • hal: Wszystko zależy od osobnika. Doczytaj!
  • Ja: “Kłopoty zaczynają się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy człowieka zaatakuje ich...
  • kinga: Rany, nareszcie ktoś konkretny w tak zwięzły i inteligentny sposób ujął istotę...