Taki napis pysznił się na wielkim umieszczonym wysoko nad wejściem szyldzie, który przysłaniał swoimi wymiarami braki w poszyciu. Nazwa sugerowała wprawdzie budynek okazały i solidny, ale ten był drewniany, raczej przysadzisty, stary i przykryty drewnianym dachem imponujących rozmiarów. Wybudowany tak dawno, że nikt nie był pewien roku jego powstania. Obecnie znajduje się w tym miejscu pawilon handlowy.
Do pomieszczeń wchodziło się bezpośrednio z ulicy, trzeba było jednak zważać na znajdującą się za drzwiami pułapkę polegającą na obniżeniu podłogi o dwa stopnie w stosunku do progu. Starzy bywalcy, pokonujący w życiu nie takie zasadzki, nie zwracali na tę niedogodność uwagi, ale nowicjusz bił pokłony rozciągając się na podłodze, czym wprawiał w doskonały humor innych gości. Lokal był czynny praktycznie zawsze, jako że dla bardzo spragnionych i stanowczo walących w drzwi otwierano go nawet w nocy.
Był to czas bezpośrednio po wojnie, czas odgruzowywania Warszawy, kiedy każda para rąk, każda furmanka i każdy koń były na wagę złota. Mieszkający w Raszynie i okolicznych wioskach posiadacze koni i wozów łączyli się w kolumny i ze wschodem słońca ciągnęli do zrujnowanego miasta, aby ciężko pracować do wieczora. Wiele powracających furmanek było załadowanych cegłą, deskami, rurami i innym materiałem z rozbiórki, który sprzedawano potrzebującym. Część zaprzęgów zatrzymywała się przy kuźni na zbiegu ulicy Pruszkowskiej i al. Krakowskiej (obecnie jest tam piętrowy pawilon), gdzie Pan Ignac Błażejewski podkuwał konie i dokonywał niezbędnych napraw przy wozach.
Restauracja powoli zapełniała się gośćmi. Jak pamiętam, były chyba dwie sale przeznaczone do konsumpcji. Za barem prym wiodła urodziwa i energiczna właścicielka, serwująca jedzenie i napitki wedle życzenia gości omawiających sprawy branży i regulujących opłaty za wzajemne usługi. Gwar był niemiłosierny. Salę spowijały kłęby papierosowego dymu, a na stolikach królowała litrówka i kapuśniak z golonką. Były to czasy, kiedy o polityce się nie rozmawiało, bo często sama myśl na ten temat była karalna. Spracowane konie odpoczywały, spokojnie stojąc przy swoich wozach i posilając się obrokiem. Biesiady przeciągały się zwykle do późna i niejeden gość osłabiony sutym jadłem mozolnie gramolił się na furmankę, układał na siedzisku i pozwalał koniowi wieźć się w nieznane, bo to mądre zwierzę nigdy nie pobłądzi w drodze do stajni.
Warszawa odradzała się i piękniała. Na budowach trwał socjalistyczny wyścig pracy, a w gablotach zmieniano fotosy przodowników i rekordzistów układania cegieł w czasie jednej dniówki. Ubywało gruzów a przybywało nowych i odbudowanych budynków. Kraj dźwigał się mozolnie z wojennej ruiny. Rozpoczęto produkcję polskich samochodów ciężarowych „Star” i one powoli zastąpiły konny transport na budowach Warszawy. W swoim czasie powstał pomysł, aby upamiętnić te czasy i wybudować pomnik pracowitych koni. Pomysł, jak pomysł – błysnął i znikł niestety. W pędzie do nowoczesności aleję Krakowską pozbawiono pięknych drzew i zbudowano drugą jezdnię, która szybko zapełniła się samochodami i… dla koni zabrakło miejsca. Oby tylko kiedyś nie zabrakło miejsca dla ludzi…
-Tadeusz Strzelczyk
Dyskusja
Brak komentarzy do notki „Opowieści o starym Raszynie: Restauracja”
Skomentuj