Bitwa udała się wyśmienicie. Tłumy widzów na łąkach w Falentach i przed telewizorami obserwowały, jak polska piechota po raz kolejny odrzuca Austriaków. Niestety, po raz kolejny zginął też pułkownik Godebski.
Takiej imprezy już dawno w naszej gminie nie było. Na tegorocznych obchodach 200. rocznicy bitwy pod Raszynem bawiły się tysiące mieszkańców i gości. Niektórzy przyjechali z najdalszych zakątków Polski by zobaczyć inscenizację zmagań polsko austriackich. A było na co popatrzeć.
W powtórce z historycznej bitwy wzięło udział ponad 700. miłośników wojskowości czasów Napoleona Bonaparte. Niedaleko pałacu w Falentach ścierały się więc jednostki kawalerii, grupy artylerzystów i piechoty.
Bitwa w miniaturze
Impreza udała się nadspodziewanie dobrze. Mimo porannego deszczu i niepomyślnej prognozy pogody tuż przed rozpoczęciem bitwy nad łąką ukazało się słońce. Nie zabrakło widzów, a dzięki wozom transmisyjnym kilku stacji telewizyjnych relacje z imprezy zobaczyło wiele milionów Polaków. Starcie udało się odtworzyć wiernie, choć w miniaturze: okolice Raszyna Anno 1809 skurczyły się do rozmiarów jednej łąki, a kilkunastotysięczne armie do kilkusetosobowej grupy zapaleńców. Jednak nawet w tej skali doskonale widać było okrutny charakter i niesamowity klimat zmagań sprzed dwustu lat.
Wojny napoleońskie były jednym z pierwszych konfliktów, w których zupełnie zabrakło miejsca dla osobistej odwagi: zamiast serii pojedynków starcia przeradzały się w długotrwałe manewry całych mas żołnierzy. Długie szeregi piechoty ostrzeliwały się wzajemnie salwami, z odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów, często dziesiątkowane przez wrogą (lub własną) artylerię.
Paradoksalnie jednak huraganowy ogień karabinów i dział nie był aż tak morderczy, jakby mogło się wydawać. Aż do XX wieku więcej żołnierzy ginęło od chorób i ciężkich warunków niż od działań wroga. Stąd też przy niemal każdym pułku uczestniczącym w inscenizacji bitwy widać było wiele kobiet: sióstr zakonnych i markietanek, czyli kobiet trudniących się wszelakimi usługami dla wojska, od cerowania odzieży przez opatrywanie ran aż po sprzedaż wiktuałów i usługi seksualne.
Działa głośniejsze niż samolot
W tłumie gapiów nie zabrakło oczywiście ciekawych postaci. – Maciuś, nie podchodź bo cię ustrzelą – strofowała mama kilkuletniego malca, który gdyby nie jej karzący wzrok najchętniej przedarłby się przez barierki odgradzające żołnierzy od widzów. Tuż obok niej miejsc e w tłumie zajęło czterech podpitych panów. Gromko i niecenzuralnie komentowali przydługą część oficjalną imprezy, podczas której samorządowcy i inne osoby zaangażowane w organizację bitwy wymieniały się pochwałami i upominkami. Jednak gdy tylko żołnierze oddali pierwsze strzały a komentator zaczął przez głośniki opisywać co dzieje się na polu bitwy, zamilkli i sami zaczęli uciszać sąsiadów.
Ciekawego kolorytu imprezie dodawały samoloty startujące co chwilę z pobliskiego Okęcia. Jednak już w kilka minut po pierwszych strzałach niebo zasnuł gęsty dym bitewny. Nad wszystkim unosił się ostry zapach saletry i siarki, czyli czarnego prochu, jakim do końca XIX wieku nabijano działa i broń ręczną. Na całe szczęście podczas inscenizacji obyło się bez wypadków. Muszkiety nabijano jedynie prochem i przybitką (kawałkiem papieru lub filcu utrzymującym ładunek na miejscu i zwiększającym siłę wystrzału), bez kuli, a podczas walki wręcz żołnierze zdejmowali bagnety. – No nie powiem, i tak wygląda groźnie – skwitowała wyjaśnienia komentatora jedna z pań.
Na widzach największe wrażenie robiły efekty pirotechniczne: wystrzały z dział, które słychać było podobno wiele kilometrów od miejsca bitwy, a także eksplozje, po których pacyny ziemi wylatywały w powietrze na wiele metrów. Gromki aplauz zbierała także grupa rekonstruktorów z Czech w austriackich mundurach. – No, to jest salwa jak kompanii reprezentacyjnej – skomentował jeden z samorządowców po tym, jak kilkudziesięciu „Austriaków” wystrzeliło niemal w tym samym momencie. Miejmy nadzieję, że uda się utrzymać tę tradycję i na kolejną inscenizację, choćby na mniejszą skalę, nie będziemy musieli czekać kolejnych kilku lat.
– Krzysztof Machocki, fot. Przemysław Bociąga
Jedną z ciekawszych i mniej znanych postaci biorących udział w bitwie pod Raszynem była Joanna Żubr. Wychowana w Galicji, po powstaniu Księstwa Warszawskiego przeniosła się w okolice Warszawy, gdzie jej mąż wstąpił do wojska. Przez jakiś czas blisko pięćdziesięcioletnia kobieta podążała za wojskiem jako markietanka, jednak ta rola szybko się jej znudziła. W 1809 wdziała mundur i – udając mężczyznę – wstąpiła do 2 pułku piechoty. W jego składzie broniła grobli w Raszynie, a następnie wsławiła się bohaterstwem (bo przecież nie męstwem) w zdobyciu Zamościa. Za swoje czyny otrzymała – jako pierwsza kobieta – krzyż Virtuti Militari z rąk samego księcia Poniatowskiego. Wzięła udział w większości ważniejszych bitew wojen napoleońskich, uzyskała awans na sierżanta i przeżyła odwrót spod Moskwy, a śmierć dosięgła ją dopiero w wieku ponad 90. lat, podczas epidemii cholery w 1852 roku.
Fajowa sprawa!!! Kogo zbrakło niech żałuje to była prawdziwa lekcja historii na żywo! Prosimy częściej.
W Muzeum Wojska Polskiego znajduje się list Joanna Żubr chyba do Ministra Wojny z pokorną prośbą o wypłacenie jej należności. Nie pamiętam, czy chodziło o zaległości z kampanii, czy o dodatek w związku z krzyżem Virtuti Militari.
Jeżeli chodzi o wdziewanie męskiego odzienia przez kobiety na początku XIX. wieku, to w postępowej Francji groziło za to tylko więzienie. Na używanie męskiego stroju, jako wygodniejszego do np. jazdy konnej, należało uzyskać pozwolenie.
I jeszcze w nawiązaniu do andzi, która prosi o częściej:
10 lipca 1794 Naczelnik Kościuszko potykał się pod Raszynem;
10-13 października 1914 trwały najbardziej zaciekłe boje niemiecko-rosyjskie na przedpolach Twierdzy Warszawa.
Z podobnym świętowaniem walk z 1915 może być problem, bo odtwórców wojska rosyjskiego tamtych czasów chyba w Polsce nie ma, ale czasy kościuszkowskie – czemu nie?
I święte słowa, kto nie widział ten trąba
Z rokiem 1914 mogą być zasadnicze kłopoty, bo kim byliby ci Nasi? Walki jednak były, więc je podałem.
Dla widzów czasy Insurekcji i Xsięstwa mogą wydawać się podobne. Rozróżniać je będą zapewne po kosynierach. Z punktu widzenia rekonstrukcji mundury i taktyka były inne. Jest to pole popisu dla relacjonującego widowisko.
A z mniej krawaych zdarzeń, to przez Raszyn przechodziły różne orszaki. Takie zdarzenia też się odtwarza.
Kim byli nasi? No w zasadzie to nasi walczyli z naszymi w 1914, bo w obu armiach już na początku służyło po około 100 tys. przyszłych obywateli odrodzonej Rzeczypospolitej.
A do końca wojny przez armie Prus, Rosji i Austro-Węgier przewinęło się pewnie z 5 milionów Polaków, w tym też tych białoruskich, ukraińskich czy żydowskich.
Dzieki Konradzie za dodatkowe informacje dotyczące walk. Naprawdę to była fenomenalna lekcja
. Może jeszcze kiedyś uda się popatrzeć na takie cacko! Pozdrawiam.