<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Puls Raszyna &#187; Tadeusz Strzelczyk</title>
	<atom:link href="http://www.pulsraszyna.waw.pl/author/tadeusz-strzelczyk/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl</link>
	<description>dwutygodnik niezależny</description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2011 10:25:22 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Jak kupiłem bez kolejki</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Jun 2009 11:10:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1371</guid>
		<description><![CDATA[Był koniec lat sześćdziesiątych. Po okresie intensywnego oszczędzania, moi rodzice postano-wili wybudować dom i przystąpili do Spółdzielni Budowy Domów Jednorodzinnych. W tamtym okresie takie organizacje dawały możliwość uzyskania niezbędnego kredytu budowlanego i w miarę legalnego nabycia odpowiednich materiałów, ale nie wszystkich i nie w odpowiedniej ilości. Budynek stanął, jednak w stanie surowym zamkniętym i powstała [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Był koniec lat sześćdziesiątych. Po okresie intensywnego oszczędzania, moi rodzice postano-wili wybudować dom i przystąpili do Spółdzielni Budowy Domów Jednorodzinnych. W tamtym okresie takie organizacje dawały możliwość uzyskania niezbędnego kredytu budowlanego i w miarę legalnego nabycia odpowiednich materiałów, ale nie wszystkich i nie w odpowiedniej ilości. Budynek stanął, jednak w stanie surowym zamkniętym i powstała konieczność wykończenia wnętrz. Tu jednak pojawił się następny problem: jak zdobyć potrzebne materiały? <span id="more-1371"></span></p>
<p>To były czasy, w których legalne kupienie elementów hydrauliki graniczyło z cudem, trzeba ją było „załatwić”. Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem wstępnie zaprawiony codzienną wal-ką o wszystko, co jest potrzebne do życia. Postanowiłem więc sam przebojem „załatwić” po-trzebne kolanka i złączki. Skierowałem się na warszawski bazar przy Targowej, gdzie dostać można było właściwie wszystko. Snując się smętnie po jego zakamarkach powoli traciłem nadzieję na sukces.</p>
<p>W pewnej chwili usłyszałem słowa rzucone w próżnię i jakby od niechcenia, ale wyraźnie tak, abym tylko ja je usłyszał: czego pan uważasz? Obok mnie stał nieciekawy jegomość, którego fizjonomia nie zachęcała do rozmowy, a którego tym bardziej nie chciałbym spotkać wieczo-rem w okolicach ulicy Brzeskiej. Moja pobieżna znajomość warszawskiego slangu ulicznego okazała się w tym momencie bardzo pomocna. – A co Pan masz? – odpowiedziałem zdaw-kowo pytaniem na pytanie, z obojętnością pozwalającą na szybkie wycofanie się z rozmowy. Pierwsze lody zostały przełamane. – Mam wiele różności, ale co konkretnie pan uważasz? – odpowiedział mój rozmówca. Zaproponowałem, byśmy zapalili „po calaku”, aby się łatwiej rozmawiało i wyłuszczyłem swój problem kształtek. – Jakie ilości szanownego pana interesu-ją? – zapytał rzeczowo. Odpowiedziałem, że tyle różności, ile tylko zdołam unieść w torbie – i byle nie było za drogo. – Towar jest, a cena po dwa złote jak leci – mój rozmówca odpowie-dział bez chwili wahania.</p>
<p>W tamtym okresie nie była to cena wygórowana, więc bez targu wyraziłem aprobatę i chęć „luknięcia” na towar. – Oczywista, ma się rozumieć, nie kupuje się kota w worku. Idź pan ze mną – odpowiedział. Poszliśmy spokojnie na tyły bazaru i weszliśmy w długą bramę budynku przy Brzeskiej. W bramie stało towarzystwo degustatorów. Moją uwagę zwróciła piękna, młoda dziewczyna aktywnie uczestnicząca w czynnościach pozostałych członków towarzy-stwa. Wszyscy obrzucili mnie bardzo wymownymi i zniechęcającymi spojrzeniami. Mój prze-wodnik rzucił stojącym zdawkowe „siemanko”, skorzystał z małego poczęstunku i poprowa-dził dalej żartując mimochodem: – Szanowny pan nie pęka, tu klienta się szanuje i włos z głowy mu spaść nie ma prawa. Nie przekonał mnie wprawdzie do końca tym stwierdzeniem, ale brnąłem dalej. Weszliśmy na kolejne ciemne podwórko i zeszliśmy do piwnicy. Szedłem ostrożnie, bo ciemno było jak w egipskiej piramidzie.</p>
<p>Na drugim poziomie piwnicy przewodnik zapalił świeczkę i otworzył solidną kłódkę masyw-nych drzwi. Poszperał moment i zapalił naftową lampę. – Rany boskie! – wyrwało mi się en-tuzjastycznie na widok towaru usypanego w równiutkie pryzmy. Osobno nowiutkie i osobno używane. Osobno „ocynk” i osobno „czarne”. Takiej ilości i takiego asortymentu nie powsty-dziłby się i dziś żaden sklep tej branży. Przewodnik był wyraźnie zadowolony moim podzi-wem.– Szanowny panie, dziś są takie czasy że bez znajomości wyżyć się nie da, a i bliźniego w potrzebie można poratować. Ceną ustaliliśmy, więc zostań se pan tu i spokojnie dobierz to-war, ja tymczasem skoczę do kolesi bo mi kolejka przepadnie – powiedział rzeczowo &#8211; i tyle go widziałem. Zostałem sam w czeluściach głębokiej, przedwojennej piwnicy i wziąłem się za segregację towaru. Odłożyłem na bok kształtki, które były mi potrzebne, zapaliłem papierosa i czekam. Muszę przyznać, że nie czułem się zbyt pewnie. Po jakimś czasie zjawił się mój sprzedawca, szybko przeliczył wybrany towar i zainkasował pieniądze, dorzucając jeszcze kilka sztuk jako premię. Sam nie byłbym chyba w stanie szybko znaleźć drogi powrotnej, jed-nak niebawem wyszliśmy na ciemne podwórko i do bramy wejściowej, gdzie nadal stało to samo towarzystwo, które zaprosiło mnie do pomocy przy opróżnieniu nowej butelki „paty-kiem pisanego”.</p>
<p>Dla gościa znalazła się świeżo wypłukana i zamaszyście wytrząśnięta musztardówka i wypili-śmy „za udaną transakcję”, ja z czystej musztardówki, oni po kolei „z gwinta”, zapaliliśmy „po calaku”. Przy pożegnaniu, życząc powodzenia przy budowie dorzucili – Jak będziesz pan miał jakieś życzenie to zapraszamy do nas, a i Wioletka będzie może wolna w tym czasie. Jadąc do domu z torbą pełną bezcennych kształtek rozmyślałem skąd wiedzieli, że ta dziew-czyna tak mi się podobała? Było nie było, tyle pięknego towaru, bardzo miła obsługa, a wszystko to bez kolejki.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Restauracja</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 14 May 2009 10:57:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Strzelczyk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1351</guid>
		<description><![CDATA[Taki napis pysznił się na wielkim umieszczonym wysoko nad wejściem szyldzie, który przysłaniał swoimi wymiarami braki w poszyciu. Nazwa sugerowała wprawdzie budynek okazały i solidny, ale ten był drewniany, raczej przysadzisty, stary i przykryty drewnianym dachem imponujących rozmiarów. Wybudowany tak dawno, że nikt nie był pewien roku jego powstania. Obecnie znajduje się w tym miejscu [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Taki napis pysznił się na wielkim umieszczonym wysoko nad wejściem szyldzie, który przysłaniał swoimi wymiarami braki w poszyciu. Nazwa sugerowała wprawdzie budynek okazały i solidny, ale ten był drewniany, raczej przysadzisty, stary i przykryty drewnianym dachem imponujących rozmiarów. Wybudowany tak dawno, że nikt nie był pewien roku jego powstania. Obecnie znajduje się w tym miejscu pawilon handlowy. <span id="more-1351"></span></p>
<p>Do pomieszczeń wchodziło się bezpośrednio z ulicy, trzeba było jednak zważać na znajdującą się za drzwiami pułapkę polegającą na obniżeniu podłogi o dwa stopnie w stosunku do progu. Starzy bywalcy, pokonujący w życiu nie takie zasadzki, nie zwracali na tę niedogodność uwagi, ale nowicjusz bił pokłony rozciągając się na podłodze, czym wprawiał w doskonały humor innych gości. Lokal był czynny praktycznie zawsze, jako że dla bardzo spragnionych i stanowczo walących w drzwi otwierano go nawet w nocy. </p>
<p>Był to czas bezpośrednio po wojnie, czas odgruzowywania Warszawy, kiedy każda para rąk, każda furmanka i każdy koń były na wagę złota. Mieszkający w Raszynie i okolicznych wioskach posiadacze koni i wozów łączyli się w kolumny i ze wschodem słońca ciągnęli do zrujnowanego miasta, aby ciężko pracować do wieczora. Wiele powracających furmanek było załadowanych cegłą, deskami, rurami i innym materiałem z rozbiórki, który sprzedawano potrzebującym. Część zaprzęgów zatrzymywała się przy kuźni na zbiegu ulicy Pruszkowskiej i al. Krakowskiej (obecnie jest tam piętrowy pawilon), gdzie Pan Ignac Błażejewski podkuwał konie i dokonywał niezbędnych napraw przy wozach. </p>
<p>Restauracja powoli zapełniała się gośćmi. Jak pamiętam, były chyba dwie sale przeznaczone do konsumpcji. Za barem prym wiodła urodziwa i energiczna właścicielka, serwująca jedzenie i napitki wedle życzenia gości omawiających sprawy branży i regulujących opłaty za wzajemne usługi. Gwar był niemiłosierny. Salę spowijały kłęby papierosowego dymu, a na stolikach królowała litrówka i kapuśniak z golonką. Były to czasy, kiedy o polityce się nie rozmawiało, bo często sama myśl na ten temat była karalna. Spracowane konie odpoczywały, spokojnie stojąc przy swoich wozach i posilając się obrokiem. Biesiady przeciągały się zwykle do późna i niejeden gość osłabiony sutym jadłem mozolnie gramolił się na furmankę, układał na siedzisku i pozwalał koniowi wieźć się w nieznane, bo to mądre zwierzę nigdy nie pobłądzi w drodze do stajni. </p>
<p>Warszawa odradzała się i piękniała. Na budowach trwał socjalistyczny wyścig pracy, a w gablotach zmieniano fotosy przodowników i rekordzistów układania cegieł w czasie jednej dniówki. Ubywało gruzów a przybywało nowych i odbudowanych budynków. Kraj dźwigał się mozolnie z wojennej ruiny. Rozpoczęto produkcję polskich samochodów ciężarowych „Star” i one powoli zastąpiły konny transport na budowach Warszawy. W swoim czasie powstał pomysł, aby upamiętnić te czasy i wybudować pomnik pracowitych koni. Pomysł, jak pomysł – błysnął i znikł niestety. W pędzie do nowoczesności aleję Krakowską pozbawiono pięknych drzew i zbudowano drugą jezdnię, która szybko zapełniła się samochodami i… dla koni zabrakło miejsca. Oby tylko kiedyś nie zabrakło miejsca dla ludzi…<br />
-Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Szkoła</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 May 2009 01:38:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[dzwonek]]></category>
		<category><![CDATA[strzelczyk]]></category>
		<category><![CDATA[szkoła]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1190</guid>
		<description><![CDATA[To były trudne czasy: pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. Przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej &#8211; budynku szkoły jednak nie było. Były za to pomieszczenia zastępcze i Pan Woźny z dzwonkiem.
To były trudne czasy dla wszystkich. Pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To były trudne czasy: pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. Przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej &#8211; budynku szkoły jednak nie było. Były za to pomieszczenia zastępcze i Pan Woźny z dzwonkiem.<span id="more-1190"></span></p>
<p>To były trudne czasy dla wszystkich. Pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. W tych ciężkich latach trzeba było jednak uczyć dzieci nowego pokolenia Polaków. W 1950 roku przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej. Budynku szkoły jednak nie było i nauka odbywała się w adaptowanych na ten cel pomieszczeniach zastępczych.</p>
<div id="attachment_1232" class="wp-caption alignright" style="width: 221px"><img class="size-medium wp-image-1232" style="border: 1px solid black; margin: 1px;" title="lilly_bell_at_school" src="http://www.pulsraszyna.waw.pl/wp-content/uploads/2009/05/lilly_bell_at_school-211x300.jpg" alt="Liliowy dzwonek szkolny, grafika Chrisa Robinsona" width="211" height="300" /><p class="wp-caption-text">Liliowy dzwonek szkolny, grafika Chrisa Robinsona</p></div>
<p>Moja pierwsza klasa mieściła się w budynku obecnego przedszkola, na wprost wejścia do kościoła, a wychowawczynią była Pani Żbikowska. W sali stały ciasno trzy rzędy starych podwójnych ławek różnych wzorów i fasonów, każda z kałamarzem na atrament. Była nas spora gromadka malców i wyrośniętych starszych dzieci przybyłych z wojennej tułaczki, które latem przychodziły do szkoły boso w przypadkowo dobranych ubraniach wieszanych na wieszakach w korytarzu.</p>
<p>Pomieszczenie klasy było ciemne i trzeba było cały czas palić jedyną wiszącą u sufitu żarówkę. W rogu stał piec kaflowy, dający przyjemne ciepło w chłodniejsze dni. Palenisko pieca obsługiwał wyłącznie Pan Woźny, który był w owych czasach postacią bardzo znaczącą i do niego należało odmierzanie czasu nauki. Dobre serce pozwalało mu niejednokrotnie ulegać sugestiom uczniów i czynić niewielkie korekty tych wartości. Uśmiechał się szelmowsko pod siwym wąsem, brał w jedną rękę duży mosiężny dzwonek na drewnianej rączce, w drugą nieodłączną rózgę i dzwoniąc donośnie szedł w obchód wszystkich pomieszczeń szkolnych. Poszczególne klasy mieściły się w różnych budynkach na obrzeżach raszyńskiego rynku. W budynku mojej klasy były jeszcze trzy sale nauki. W budynku dzisiejszej kancelarii parafialnej &#8211; zwanej organistówką, z racji mieszkania tam organisty z rodziną &#8211; była klasa czwarta, a najwięcej sal lekcyjnych mieścił budynek Austerii. Zakamarki tej budowli i wewnętrzny dziedziniec były doskonałym terenem zabaw.</p>
<p>Dźwięk dzwonka słychać było wszędzie, a wspomniana rózga w ręku Pana Woźnego pełniła wiele poważnych funkcji. Była łagodną nagrodą za dobre zachowanie, rozjemcą uczniowskich waśni, lub zdecydowaną ręką sprawiedliwości społecznej. Ślady tej ręki niesforni uczniowie nosili przez kilka dni, skrzętnie je ukrywając przed wzrokiem rodziców. Taki ślad, będący sygnałem, że dziecko źle się zachowuje, był najczęściej powodem dodatkowego lania w domu. Rodzice nie chodzili do szkoły z pretensjami, słowo nauczyciela było święte. Za dobre zachowanie, lub przyniesienie opału do pieca, Pan Woźny pozwalał wziąć do ręki i obejrzeć piękny mosiężny dzwonek, a wybranym pozwalał nawet zadzwonić na lekcje.</p>
<p>W 1952 roku szkołę przeniesiono do obecnego budynku. Piękne, jasne i przestronne sale lekcyjne, szerokie korytarze i schody z doskonałymi poręczami do zjeżdżania budziły nasz szczery zachwyt. Wydzielono sale do nauki geografii, fizyki i chemii. W piwnicach rozmieszczono szatnie, osobne dla każdej klasy. Plac w obrębie szkoły był rozkopany i nie nadawał się do gry w piłkę, ale za płotem – w obrębie dzisiejszych ulic Szkolnej, Poniatowskiego, Sportowej i Unii Europejskiej &#8211; mieściło się boisko klubu sportowego RKS Raszyn i tam odbywały się wszelkie zawody. Wszystko w nowej szkole było dla nas ciekawe i urzekające. Ciepłe i przytulne piece kaflowe zastąpiło centralne ogrzewanie. Do nowego budynku przyszedł oczywiście znajomy dźwięk dzwonka i ustalał jeszcze przez jakiś czas rytm zajęć, ale przegrał z dzwonkami elektrycznymi. Leciwy Pan Woźny siadywał niekiedy na krzesełku obok drzwi, a na stoliku obok cicho stał mosiężny dzwonek. Pewnego dnia dzwonek zniknął, a krzesełko pozostało puste&#8230;<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Rynek</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 04 Apr 2009 03:31:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1255</guid>
		<description><![CDATA[W owych czasach rynek obok kościoła był najważniejszą częścią Raszyna. Tu mieściły się gmina, biblioteka publiczna, remiza Straży Pożarnej, poczta i pomieszczenia klubu sportowego RKS Raszyn. Plac był utwardzony solidnym brukiem. Była również stara, nieczynna studnia pamiętająca czasy świetności tego miejsca. W miejscu gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni mieścił się lokal „Poniatówki” – [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W owych czasach rynek obok kościoła był najważniejszą częścią Raszyna. Tu mieściły się gmina, biblioteka publiczna, remiza Straży Pożarnej, poczta i pomieszczenia klubu sportowego RKS Raszyn. Plac był utwardzony solidnym brukiem. Była również stara, nieczynna studnia pamiętająca czasy świetności tego miejsca. W miejscu gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni mieścił się lokal „Poniatówki” – restauracji osławionej daleko poza Raszynem. <span id="more-1255"></span><br />
Był jeden dzień w roku, kiedy stary rynek &#8211; senny na co dzień &#8211; gościł wielką ilość ludzi. Tym dniem był odpust na św. Walentego. W przeddzień gromadzili się ludzie ze straganami i rozstawiali je w upatrzonych miejscach. Zwyczajowo stragany z pamiątkami i zabawkami stawiano wzdłuż kościelnego ogrodzenia. Obok największego budynku miejsce zajmowali sprzedawcy artykułów technicznych. Pozostałą część placu zajmowały stoiska do wygrywania pieniędzy. Ustawiano tam również małe i wielkie karuzele, huśtawkę z łódkami w których dwie osoby mogły wirować dookoła poziomej osi, specjalne stoiska do sprawdzania tężyzny fizycznej i celności rzutu szmacianą piłką, oraz strzelnicę.</p>
<p>W dzień odpustu gromadnie ściągali goście. Zajeżdżali pięknie przystrojonymi furmankami, ciągnionymi przez dorodne konie ubrane w odświętne kolorowe zaprzęgi. Najbardziej majętni pysznili się dużymi, szerokimi wozami na gumowych pompowanych kołach i miękkich resorach, ciągnionymi przez dwa lub cztery konie. O godzinie jedenastej w kościele odprawiano sumę. Na ten czas ruch na rynku prawie zamierał, a handel czy granie na pieniądze w tym czasie było dowodem braku wychowania i piętnowane natychmiast. Właściciele tych uciech szli do kościoła lub do Poniatówki. W dzień odpustu datki na tacę były zawsze bardziej szczodre.</p>
<p>Pewnego roku – z uwagi na remont kościoła – ks. proboszcz o nazwisku, nomen omen, Pieniążek, wybrał się z tacą na rynek i po drodze wstąpił z kwestą do Poniatówki. Zaskoczenie było całkowite. Ksiądz zbierający na tacę poza terenem kościoła i to w knajpie?! W tamtych czasach mogło to zostać potraktowane jako prowokacja polityczna, a to już nie były żarty. Został jednak dobrze przyjęty i pożegnany brawami. Wszystko skończyło się szczęśliwie: pełną sakiewką.</p>
<p>Po sumie rozpoczynały się najbardziej ciekawe rozrywki. Dzieciarnia z rodzicami oblegała stragany pyszniące się zabawkami, obwarzankami na sznurkach, pańską skórką, suchymi lodami, kolorowymi piłeczkami na gumce, strzelającymi korkowcami, pistoletami na wodę, koralami, kolczykami i „prawie złotymi” pierścionkami. Męska część starszej młodzieży i młodszych starszych notabli preferowała poważniejsze rozrywki. Pchając pod górę ciężką makietę czołgu najsilniejszy zdobywał butelkę wina. Za celne rzuty piłkami do celu była nagroda. Buteleczkę czegoś mocniejszego wygrywało się trafiając metalowym kółkiem na szyjkę butelki. Stragan z loterią zapraszał do pociągnięcia kolorowej wstążeczki, na której końcu była nagroda. Strzelnica była oblegana przez kawalerów strzelających do pierścionków i kwiatków dla swoich wybranek.</p>
<p>Jednak miejscem, przy którym był największy tłok, były stoliki do wygrywania pieniędzy. Okrągłe, ze szpilkami na obrzeżu, podzielone na kolorowe pola, z wirującym ramieniem i kogutkiem na jego końcu. Była to odpustowa ruletka. Gracze stawiali dowolne sumy na wybranym kolorze a krupier zachęcał: – Śmielej proszę, śmielej, a będzie weselej. Albo: – Nie ma pustych ani przegranych, każden kolor jest wygrany. Albo też: – Każden kolor płaci trzykrotnie, biały pięciokrotnie. Następnie padała komenda: – Trąć pan kogutka w ogonek, to wygrasz dla lubej na złoty pierścionek. Kogutek wirował, a grający z zapartym oddechem śledzili gdzie się zatrzyma. Krupier sprawnie wypłacał wygrane, a resztę chował do kieszeni i rozpoczynał następną rundę. Niezadowolonych uspokajał: – Kochani, to tylko gra, jednemu weźmie a drugiemu da…</p>
<p>W lutym mrok zapada wcześnie. Ludzi na rynku ubywało, cicho zwijano stragany, a furmanki i resorówki na gumowych kołach odjeżdżały do domów. Długo w noc gwarno było tylko w Poniatówce, gdzie uczestnicy odpustu snuli swoje wspomnienia, a restauracja pozostawała chyba największym wygranym tego odpustu.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tadeusz Strzelczyk: Wiata</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Dec 2008 13:48:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1028</guid>
		<description><![CDATA[Nim kur zapieje, i wzejdzie słońce, kolejka liczy kilkanaście osób. Skuleni ludzie stoją obok słupów, aby choć trochę osłonić się od lodowatego wiatru. Niektórzy zbijają się w grupy, osłaniając nawzajem. Skoro świt pierwsi przekupnie ustawiają swoje samochody, aby zająć jak najlepsze miejsce do pracy. Rozstawiają skrzynki z owocami i warzywami kupionymi w nocy na bazarze [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nim kur zapieje, i wzejdzie słońce, kolejka liczy kilkanaście osób. Skuleni ludzie stoją obok słupów, aby choć trochę osłonić się od lodowatego wiatru. Niektórzy zbijają się w grupy, osłaniając nawzajem. Skoro świt pierwsi przekupnie ustawiają swoje samochody, aby zająć jak najlepsze miejsce do pracy. Rozstawiają skrzynki z owocami i warzywami kupionymi w nocy na bazarze i pod szyldem rolników indywidualnych liczą na godziwy zarobek. <span id="more-1028"></span></p>
<p>Mieszkańcy okolicznych domów idąc do pracy nie zwracają uwagi na zmarzniętych, tupiących w chodnik rodaków. Oni mają inne cele, inne zmartwienia i mało czasu. Wstaje słońce i ludzi jest coraz więcej, ale brama pozostaje zamknięta dla czekających, których mróz szczypie w nosy, drętwieją im ręce i nogi, więc ratują się przed wyziębieniem rozcierając uszy i tupiąc zamaszyście w chodnik. Cierpią, ale czekają uparcie i z wiarą na zajęcie dobrego miejsca w wyścigu do szczęścia. Wreszcie nadchodzi oczekiwana chwila i brama zostaje otwarta.</p>
<p>Pobliski budynek szybko wchłania czekających, którzy we wnętrzu formują przykładną kolej-kę, w oczekiwaniu na otwarcie okienka. Mają około godziny, aby stojąc nieco się rozgrzać i obeschnąć. Na zewnątrz życie toczy się własnym rytmem. Zmieniają się rządy, kraj pokonuje kryzysy, toczy się zażarta dyskusja, jak poprawić los obywateli i zmniejszyć podatki. Tu jed-nak, w tym małym światku codzienności, nic się nie zmienia. Ludzie, którzy przez lata praco-wali uczciwie, a dziś podupadli na zdrowiu, trwają nadal pozostawieni sami sobie w oczeki-waniu na panią z okienka i z pytaniem, czy załapią się „w pierwszej dziesiątce”. „Czy nie przyjdzie mi odejść z kwitkiem i jutro zająć miejsce przed bramą jeszcze wcześniej”?</p>
<p>Godziny tych wydarzeń mijają się sprytnie z godzinami rozpoczęcia pracy urzędników i wójta pobliskiej gminy, którzy o określonej porze idą do pracy odśnieżonym i posypanym chodni-kiem i lokują się w swoich cieplutkich pokojach aby piastować swoje funkcje. W błogości wła-snej wygody nikt, ani radni, ani wójt, ani urzędnicy, nie pomyślał o ulżeniu doli czekających obok na mrozie ludzi i wystawieniu niewielkiego zadaszenia z ławeczką, lub wcześniejszego wpuszczania do budynku. Zapewne dzieje się tak w trosce o prestiż i dobry wygląd ulicy przed szacownym Urzędem Gminnym, któremu bazar i śmieci jakoś nie przeszkadzają. Tak niewiele potrzeba aby ulżyć tym ludziom i tak wiele zarazem aby zmienić  naszą urzędniczą mentalność i zrobić coś dobrego dla innych.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: To, co pozostało</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/strzelczyk-opowiesci-o-starym-raszynie-to-co-pozostalo/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/strzelczyk-opowiesci-o-starym-raszynie-to-co-pozostalo/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 31 Jul 2008 13:11:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=739</guid>
		<description><![CDATA[W czasach realnego socjalizmu, w ramach wychodzenia oświaty do mas pracujących miast i wsi, władze gminy postanowiły w czynie społecznym mieszkańców wybudować dom kultury. 
Podjęto stosowną uchwałę nakazującą mieszkańcom uiszczać dobrowolną wpłatę określonej przez władze kwoty pieniędzy na ten szczytny cel społeczny przy okazji załatwiania jakiejkolwiek sprawy w Urzędzie Gminy. Wyznaczono lokalizację i z mozołem [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W czasach realnego socjalizmu, w ramach wychodzenia oświaty do mas pracujących miast i wsi, władze gminy postanowiły w czynie społecznym mieszkańców wybudować dom kultury. <span id="more-739"></span></p>
<p>Podjęto stosowną uchwałę nakazującą mieszkańcom uiszczać dobrowolną wpłatę określonej przez władze kwoty pieniędzy na ten szczytny cel społeczny przy okazji załatwiania jakiejkolwiek sprawy w Urzędzie Gminy. Wyznaczono lokalizację i z mozołem zaczęto gromadzić niezbędne materiały. Było to tym trudniejsze, że rozdziału deficytowych materiałów budowlanych dla potrzebujących obywateli dokonywała „społeczna” komisja gminna. Kultura miała jednak poparcie polityczne, więc komisja dzieliła sprawiedliwie: pryncypialnie i zgodnie z wytycznymi.</p>
<p>Na wyznaczonym placu przybywało więc cegieł i innych materiałów. Wydrukowano nawet papierowe cegiełki o określonym nominale, które sprzedawano przy różnych okazjach. Wreszcie rozpoczęto budowę. Ciekawi mieszkańcy komentowali tempo i rozmach wznoszonego budynku, które jak na owe czasy były interesujące. Rosły mury i kultura szła do góry. Jednak zanim osiągnęła szczyty, wraz z upływem kadencji rady gminy czas przychylności władzy dla tego pomysłu minął. Następcy siłą rozpędu coś dla tej budowli robili, jednak rozpęd, zgodnie z prawami fizyki, traci impet i budowa zamarła.</p>
<p>Niewykorzystane materiały zasiliły inwestycje ludzi z dojściami, a o tym, co widać obecnie, na długi czas zapomniano. To było, ale jakoby tego nie było! Pokaźne „społecznie uzbierane” pieniądze zasiliły inne, priorytetowe i popierane politycznie, inwestycje. No i tak przez wiele kadencji mieliśmy w gminie Raszyn bezdomną kulturę.</p>
<p>Wreszcie pojawiła się iskierka nadziei. Opracowano plany zagospodarowania tego, co pozostało, ale niestety kadencja dobiegła końca. W okresie kampanii wyborczej „to co pozostało” piękniało, błyszczało, tętniło muzyką, śmiechem dzieci z kół zainteresowań, wyświetlało filmy i było domem pracy twórczej. Ogłoszono wyniki wyborów do Rady Gminy i „to co pozostało” zostało tak, jak stało. Ostatnio zostało sprzedane i chyba będzie  rozebrane, aby miejsce wyglądało jak się należy, a ludzie żyli w spokoju. Spytacie gdzie pieniądze obywateli zebrane w „dobrowolnym czynie społecznym”. Więc odpowiem jak mnie za młodu uczono: władza ma zawsze rację, nawet wtedy, kiedy jej nie ma. No i tak właściwie &#8211; czy coś się zmieniło?<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/strzelczyk-opowiesci-o-starym-raszynie-to-co-pozostalo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Gołębniki</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-golebniki/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-golebniki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Jun 2008 09:08:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=706</guid>
		<description><![CDATA[W początkach lat 50-tych tylko Aleję Krakowską i ulicę Słoneczną ocieniały rozłożyste korony drzew, pod którymi całymi dniami trwały zabawy okolicznej dzieciarni. Przylegający do ulic ogród pana Banaszka był idealnym miejscem do zabawy w berka, podchody, lub chowanego. 
Ulica Słoneczna &#8211; a raczej droga &#8211; była gładka i dobrze ubita, często pełniła rolę boiska na [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W początkach lat 50-tych tylko Aleję Krakowską i ulicę Słoneczną ocieniały rozłożyste korony drzew, pod którymi całymi dniami trwały zabawy okolicznej dzieciarni. Przylegający do ulic ogród pana Banaszka był idealnym miejscem do zabawy w berka, podchody, lub chowanego. <span id="more-706"></span></p>
<p>Ulica Słoneczna &#8211; a raczej droga &#8211; była gładka i dobrze ubita, często pełniła rolę boiska na którym graliśmy w szczypiorniaka, lub w dwa ognie. Czasami zabawę zakłócał przejazd wozów wypełnionych pod niebo węglem, a ciągnionych przez olbrzymie konie o długich grzywach i obrośniętych, wielkich kopytach. Patrzyliśmy z zachwytem na te potężne zwierzęta, które, sapiąc jak lokomotywy, wolno i uparcie ciągnęły swoje brzemię.</p>
<p>Przed wieczorem dzieciarnia biegała nad rzeczkę do wcześniej zbudowanej trawiastej tamy spiętrzającej wodę i zażywała kąpieli, aby choć trochę zmyć z siebie trudy całego dnia i nie narażać się na gniew matki. W okresie wakacji zabawy często przeciągały się do nocy i kończyły je dopiero nawoływania zatroskanych rodziców. Rozbawieni i zmęczeni wracaliśmy do domów delektując się feerią gwiazd i pełnią księżyca, przy której drzewa nabierały tajemniczych kształtów, a błogą ciszę podkreślało dochodzące z łąki kumkanie.</p>
<p>Przedwojenne domy przy Nadrzecznej 5, 9, 22 i 28, Słonecznej 2, 4, 8, 15, 17 i 21, Sportowej 10b, 14, al. Krakowskej 14, 20, 24, Bocznej 3 i budynek przy Bema 22 &#8211; stojący w znacznym oddaleniu od innych domów, „na Syberii” &#8211; były jedynymi w tej okolicy Raszyna i wyznaczały obszar nazywany Probostwem. Odznaczały się solidną konstrukcją i dachami krytymi czerwoną dachówką. Miały wejście oficjalne i wejście kuchenne, taras i obszerny kawałek ziemi. Powojenni lokatorzy zajmowali wszystkie pomieszczenia, od piwnic do poddaszy.</p>
<p>Następne budynki usytuowane były od Szkolnej do Na Skraju, po obu stronach al. Krakowskiej, okrytej baldachimem dorodnych drzew. Na innych obszarach, tak gęsto obecnie zabudowanych, były pola uprawne, dostarczające dzieciarni warzyw tak niezbędnych do prawidłowego wzrostu. Smak rzodkiewki, marchewki, czy ogórków zbieranych wieczorami prosto z pola pamiętam do dziś.</p>
<p>Czasy jedynie słusznych racji ideologicznych i pryncypialnego likwidowania indywidualnego rolnictwa, nazywanego pogardliwie „kułactwem”, powodowały ogromne braki żywności. Ideologia – owszem, jest potrzebna, ale jeść trzeba! Zaradni obywatele obstawiali swoje domostwa szopami, komórkami, chlewikami, kurnikami i inną zabudową, w której hodowano wszystkie stworzenie nadające się do jedzenia. Rano piały koguty, chrząkały prosięta i gulgotały indyki, a wieczorami słychać było rozmowy właścicieli gołębi trzymanych w okazałych gołębnikach. A były to nie byle jakie budowle! Smukłe niby wieże gotyckich kościołów, pyszniły się obszernymi, płaskimi dachami, z zamontowanymi przemyślnymi konstrukcjami krat, siatek, rawek, oraz innego przemyślnego sprzętu do chwytania obcych gołębi.</p>
<p>W pogodne popołudnia odbywały się najciekawsze spektakle. Stada krążyły nad Probostwem i na tle czystego nieba wykonywały majestatyczne zwroty i przetasowania. Hodowcy donośnie gwizdali, bili w blachy i wymachiwali szmatami osadzonymi na długich tykach, zmuszając gołębie do wykonywania wysokich lotów. Cały ten rwetes robiony był celowo. Chodziło o to, aby „moje stado rozproszyło jego stado, a jego gołąb dołączył do mojego stada i wylądował na moim gołębniku”. Jeśli to się udało, należało obcego zwabić pod siatkę i zamknąć. To był honor i tryumf. Pozostali pasjonaci zbierali się przy gołębniku szczęśliwca, omawiali zdarzenie i ustalali cenę wykupu. Dyskusje często bywały żarliwe i ostre, ale mały poczęstunek serwowany przez gospodarza i odrobina czegoś do popicia, rozładowywał napięcia przeciągając wesołą już imprezę do ciemnej nocy.</p>
<p>Nastały jednak czasy, w których gołębie zaczęły przeszkadzać. Gwizdy i pokrzykiwania ludzi zastąpił huk silników, a na niebie miejsce cichych białych gołębi zastąpiły samoloty. Zmieniono nazwę mojej Słonecznej &#8211; jej patronem został Konstanty Rokossowski, zaś Aleję Krakowską nazwano Aleją Wissarionowicza Stalina i łączyć zaczęła Warszawę ze Stalinogrodem. Jedynie żaby na pobliskich łąkach pozostały takie same i, nic sobie nie robiąc z ideologicznych pryncypiów, rechotały po swojemu, tylko jakby trochę głośniej. Po kilku latach „ojciec narodów” okazał się mordercą, a Konstantego usunięto z portretów.</p>
<p>Po czasie gniewu narodów końca lat pięćdziesiątych, Probostwo powoli zaczęło zmieniać wygląd. W miejscach, gdzie rosła rzodkiewka, zaczęły powstawać nowe domy, a na fali „odwilży” i budowania ustroju „z ludzką twarzą”, przywrócono słońce mojej ulicy. Warszawę i Katowice ponownie połączyła Aleja Krakowska i zaczęto intensywnie budować, rozwijać i umacniać sojusz robotniczo chłopski. Sztandarowe budowy w kraju i sama Warszawa wchłonęły wielu mieszkańców Probostwa. Znikały gołębniki, zmieniały się obejścia, a z przedwojennych budynków powoli zaczęły odpadać tynki.</p>
<p>Ostatnio jednak nastał okres renesansu i dzięki zapobiegliwości nowych właścicieli odzyskują zabytkowy urok. Do takich należy mój rodzinny dom na ul. Słonecznej 4, który pan Ściuba, obecny właściciel, pieczołowicie odnawia i przywraca dawny przepych budowli. Na ulicę nie dochodzi głos radia i orkiestry Wesołowskiego, ani mandolin Ciukszy. Nie słychać akordeonów pana Litke, a wiosną nie widać w oknach tataraku ani młodych brzozowych gałązek. Przeżyte lata nie pozwalają już zwołać dzieciarni i bawić się „w chowanego”…<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-golebniki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Poniatówka</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-poniatowka/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-poniatowka/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 29 May 2008 04:15:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=685</guid>
		<description><![CDATA[W czasach, kiedy inwestowanie własnych pieniędzy nie było uznawane za ideologiczne przestępstwo, mieszkaniec Raszyna nabył budynek i postanowił urządzić w nim restaurację.
Miejsce dobrane było tradycyjnie przy rynku, w pobliżu policji i kościoła. Wnętrze &#8211; jak głoszą ustne przekazy ówczesnych bywalców &#8211; urządzone było z przepychem, a kunsztownie obudowany bar stanowił znakomitą ozdobę całości. Lokal był [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W czasach, kiedy inwestowanie własnych pieniędzy nie było uznawane za ideologiczne przestępstwo, mieszkaniec Raszyna nabył budynek i postanowił urządzić w nim restaurację.<span id="more-685"></span></p>
<p>Miejsce dobrane było tradycyjnie przy rynku, w pobliżu policji i kościoła. Wnętrze &#8211; jak głoszą ustne przekazy ówczesnych bywalców &#8211; urządzone było z przepychem, a kunsztownie obudowany bar stanowił znakomitą ozdobę całości. Lokal był dobrym punktem zbornym robotników budujących drogę, czyli dzisiejszą Aleję Krakowską. Mogli tu odpocząć i zjeść obiad. Wieczorami i w dni świąteczne lokal był miejscem spotkań lokalnej socjety. Zapobiegliwy i patriotycznie nastawiony właściciel nadał przybytkowi nazwę „Poniatówka&#8221;, upamiętniającą dowódcę wojsk Polskich w bitwie pod Raszynem w 1809.</p>
<p>Po zakończeniu II wojny światowej lokal &#8211; jako przejaw czasów burżuazji i wyzysku ludu pracującego &#8211; stał się własnością społeczną pod zarządem Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska&#8221;.  Nazwę, na szczęście, pozostawiono w spokoju. „Poniatówka&#8221; &#8211; to słowo znane było daleko poza Raszynem. Można je było usłyszeć w rozmowach pasażerów warszawskich tramwajów, autobusów i taksówek. Często bywało wymieniane podczas podróży koleją. Głośniejsze wypowiedzenie tej nazwy w otoczeniu przypadkowych osób mogło spowodować, że stawałeś się kolegą wszystkich, lub większości obecnych. To był klucz do nawiązywania znajomości i wspólnych spotkań w miejscu, którego wizytówką była ta nazwa.</p>
<p>Lokal mieścił się przy Alei Krakowskiej &#8211; na końcu ryneczku, gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni. W latach 60-tych miał wiele obiegowych określeń: restauracja, knajpa, jadłodajnia, lub mordownia, a każdy bywalec tytułował po swojemu. Wielokrotnie zmieniano wystrój wnętrza, zależnie od mody i nakazów realnego socjalizmu. Prosto z ulicy wchodziło się do baru i jednocześnie sali konsumpcyjnej. Na zapleczu urządzono pokój dla bardziej okazjonalnych spotkań w ścisłych gronach i tam obsługiwali kelnerzy. W pewnym okresie były również dancingi. Ta forma rozrywki kulturalnej nie została jednak zaakceptowana przez bywalców. Jedno było stałe i niezmienne. Było to coś, co nadawało rozgłos i powodzenie „Poniatówki&#8221;. Był to mianowicie swojski zapach kuchni, smak podawanych zakąsek i dań głównych, oraz miła &#8211; acz stanowcza obsługa. No i rzecz najważniejsza -przystępne ceny.</p>
<p>Zakąski bywały różne, zależne od możliwości rynkowych czasu realnego i siermiężnego socjalizmu na dorobku. Jak pamiętam, schabowy z kapustą i śledzie prawie zawsze były dostępne. Śledzika w oleju z cebulką jako przekąskę do małej wódeczki wspominam czule do teraz. Przybytek wyrafinowanego smaku i niepowtarzalnej atmosfery, usytuowany w dyskretnym i dogodnym miejscu z dobrym dojazdem stanowił wymarzone miejsce spotkań w interesach, towarzyskich i rozrywkowych. W porze obiadowej o zapełnieniu lokalu świadczył długi rząd zaparkowanych rowerów, furmanek, motocykli i samochodów. Wieczorami spotykali się tam przedstawiciele towarzystwa lokalnego i praktycznie wszyscy byli ze sobą „na ty&#8221;. Jeśli zdarzały się wyjątki, to pierwsze wspólne podniesienie takowe likwidowało.</p>
<p>W czasach pryncypialnie i politycznie przestrzeganej porannej prohibicji, czyli zakazu sprzedaży alkoholu przed godziną trzynastą, bar stawał się oazą, w której pozwalano uśmierzyć bolesne skutki dnia wczorajszego. Oczywiście nielegalne działania personelu należy z perspektywy czasu uznać za słuszne i nacechowane współczuciem bliźniego, oraz logiczną zasadą, zgodnie z którą człowiek chory powinien się leczyć, a nie pracować. Trzeba przyznać, że rozgłos, jaki ten lokal osiągnął, był ze wszech miar uzasadniony. Po jakimś czasie władze uznały, że ta zasłużona dla wielu pokoleń obywateli placówka znajduje się w niewłaściwym i niebezpiecznym miejscu. Zaś wygląd zewnętrzny nie przystoi do czasów sukcesu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i odnowionej trasy przejazdu szacownego pierwszego sekretarza. Wybudowano inną placówkę, w niej nowoczesne wnętrza, błyszczący parkiet, kącik dla orkiestry, boksy dla specjalnych gości i migającą okrągłą kulę. Oddzielne pomieszczenie z barem i kilkoma stolikami było dostępne dla weteranów.</p>
<p>Niestety, w nowe miejsce poza nazwą, nie udało się przenieść urokliwej atmosfery starego lokalu. Czas płynie nieubłaganie i zmieniają się realia. Weterani odchodzą do innego, podobno lepszego świata. Młodzi adepci sztuki upartego trwania w pionie i nierównej walki pomiędzy charakterem a pragnieniem wolą degustować „pod chmurką&#8221;, w pubach, pizzeriach, snack-barach i innych lokalach z obcymi nazwami. No i ceny! Porządny lokal to nie jest rozrywka na dzisiejszą proletariacką kieszeń. „Poniatówka&#8221; przestała istnieć. Czasami tylko w cichych Polaków rozmowach snują się wspomnienia smaku zakąsek i uroków tamtych lat.<br />
- Tadeusz Strzelczyk</p>
<p><strong> </strong></p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/opowiesci-o-starym-raszynie-poniatowka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dechy</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/dechy/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/dechy/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 15 May 2008 11:44:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=673</guid>
		<description><![CDATA[Stopniały śniegi a wiatr wysuszył brudne kałuże. Ciepłe promienie poranków przywracały do życia ukryte w pąkach listki, trawy i kwiaty. Rozległe łąki po obu stronach al. Krakowskiej pyszniły się zielonymi i żółtymi barwami kwitnących kaczeńców. Nad tym zielonożółtym dywanem unosiły się wielobarwne motyle, a poranna mgiełka powoli odsłaniała oddalone części łąki.
Nad aleją drzewa rozpinały swój [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Stopniały śniegi a wiatr wysuszył brudne kałuże. Ciepłe promienie poranków przywracały do życia ukryte w pąkach listki, trawy i kwiaty. Rozległe łąki po obu stronach al. Krakowskiej pyszniły się zielonymi i żółtymi barwami kwitnących kaczeńców. Nad tym zielonożółtym dywanem unosiły się wielobarwne motyle, a poranna mgiełka powoli odsłaniała oddalone części łąki.</p>
<p>Nad aleją drzewa rozpinały swój ocieniający baldachim. Był maj. W połowie lat 50-tych uruchomiono połączenie autobusowe Raszyna z Warszawą, była wielka radość i nie było potrzeby chodzenia do Okęcia, gdzie w miejscu biurowca PZL-Okęcie, rozpoczynała swoją jednotorową trasę linia tramwajowa nr.7.</p>
<p>Autobus linii 130 kursował z rynku przy kościele. Na przystankach ustawiały się kolejki i nie było mowy o tłumie wciskającym się jak leci. Autobusy mały dwoje drzwi. Przy tylnych było podwyższone miejsce dla konduktora sprzedającego bilety i ciągle upominającego pasażerów słowami „proszę przesuwać się do przodu”, jako że, przepisowo wysiadało się tylko przednimi drzwiami.</p>
<p>Za przyczyną tak dogodnej komunikacji stawy raszyńskie stały się miejscem wypoczynku warszawiaków. Z nadejściem lata, w każdą niedzielę autobusy przywoziły całe rodziny letników objuczonych koszami z jadłem i popitką. Rozkładano się w upatrzonych cienistych miejscach i szybko nawiązywano znajomości. Dzieciaki zjadały śniadanie i można było pławić się w słońcu, kąpać, lub pogrążyć w błogim lenistwie. Czysta woda zachęcała do pływania, a więc powstawały lokalne kąpieliska, zaopatrzone w szybko konstruowane skocznie i trampoliny. Najbardziej obleganym był staw „na wałach”, usytuowany zaraz za mostkiem i trochę wyżej od innych zbiorników.</p>
<p>Wczesną wiosną strażacy budowali miejsce do zabawy, potocznie nazywane dechami. Był to obszerny drewniany pomost otoczony balustradą z oliwnymi latarniami oświetlającymi tańczących. Na jednym boku usytuowane było zadaszone podwyższenie dla orkiestry, a z tyłu mieścił się obwicie &#8211; jak na owe czasy &#8211; zaopatrzony bufet, w którym piwa i wina („patykiem pisane”) nie brakowało nigdy. Przy stoliku sprzedawano bilety, a wejścia obstawiali strażacy kontrolujący przepływ tańczących. Jeden bilecik upoważniał parę do tańca trzech granych kawałków.</p>
<p>Orkiestra – mała perkusja, skrzypce, akordeon i czasami saksofon &#8211; grała ochoczo do ciemnej nocy. Ostatni autobus odchodził o 23., ale zabawy trwały często o wiele dłużej. W czasie imprez dochodziło czasami do nieporozumień wśród męskiej części rozbawionych gości, ale zasadniczo rozwiązywano je we własnym gronie. Czasami tylko niezbędna była interwencja miejscowej milicji lub patrolu wojskowego. Władzę reprezentowało dwóch funkcjonariuszy w pobliskim komisariacie. Mimo drobnych incydentów wszyscy bawili się doskonale.</p>
<p>Początkowo dechy ustawiano w pobliżu drogi na cmentarz. W późniejszym okresie na końcu głównej grobli, a ostatnio budowano je na rozległej łące przy mostku, gdzie dziś mieści się warsztat samochodowy, stolarnia i sklepy. W tym miejscu dechy miały już oświetlenie elektryczne. Czasy się zmieniały. Łąki powoli zabudowano. Strumyk stawał się coraz dziwniejszy i dużo mniej wiosną rozkwitało kaczeńców. Stopa życiowa rosła w górę, a warszawiacy zaczęli kupować motocykle, samochody i działki pod lasem. Kąpielowe wycieczki i zabawy na dechach przestały być modne, a woda w stawach zrobiła się niezdrowa. Jeszcze przez jakiś czas niosło z łąk kumkanie, a z ulicy Słonecznej tęskny głos akordeonu, ale… nastały nowe czasy.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/dechy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Na co nam Austeria?</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/na-co-nam-austeria/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/na-co-nam-austeria/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 24 Apr 2008 11:26:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=653</guid>
		<description><![CDATA[Były kiedyś takie czasy, w kt&#243;rych budowano miasta od podstaw. Wytyczano rynek, stawiano kości&#243;ł, magistrat, pocztę, sklepy i inne potrzebne budowle. Raszyn w swoim czasie też miał prawa miejskie, więc wybudowano okazały budynek do cel&#243;w, jak byśmy dziś powiedzieli, użyteczności publicznej. W okresie miejskiej świetności Raszyna dostojnie pełnił swoje funkcje, będąc jego znaczącą wizyt&#243;wką. 
Czasy [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Były kiedyś takie czasy, w kt&#243;rych budowano miasta od podstaw. Wytyczano rynek, stawiano kości&#243;ł, magistrat, pocztę, sklepy i inne potrzebne budowle. Raszyn w swoim czasie też miał prawa miejskie, więc wybudowano okazały budynek do cel&#243;w, jak byśmy dziś powiedzieli, użyteczności publicznej. W okresie miejskiej świetności Raszyna dostojnie pełnił swoje funkcje, będąc jego znaczącą wizyt&#243;wką. </p>
<p>Czasy się jednak zmieniają. Raszyn stał się bogatą wsią rozbudowującą się w szybkim tempie. Na p&#243;łnoc od rynku powstały nowe osiedla, sklepy, lokale rozrywkowe, stadion, pływalnia i urząd gminy przeniesiony z budynku Austerii. Aleja Krakowska rozcięła i uszczupliła rozmiary rynku. Wyniszczona latami niedostatku Austeria zaczyna zamieniać się w ruinę &#8211; w majestacie prawa o ochronie zabytk&#243;w. </p>
<p><b>Czekanie na sprzedaż?</b> </p>
<p>Nadal jednak okazjonalnie pełni zaszczytną funkcję hasła wyborczego kandydat&#243;w na radnych Raszyna. Wtedy ma swoje kilkanaście dni świetności. Staje się Muzeum Ziemi Raszyńskiej, domem kultury, siedzibą pracy tw&#243;rczej, wizyt&#243;wką Raszyna lub centrum rozrywkowym z amfiteatrem na zapleczu. Przyglądając się jej w tym okresie widać jak pięknieje, przywdziewa nowe tynki, wymienia zmurszałe okna i drzwi, łata wypadające cegły i remontuje dach z nadzieją na odzyskanie poszanowania władz i mieszkańc&#243;w Raszyna. </p>
<p>Wszak jest budynkiem leciwym i dźwiga na swych murach znaczny kawałek historii. Okres kampanii wyborczej jest stosunkowo kr&#243;tki i trudno w tym czasie nadrobić wszystkie zaniedbania, ale za lat kilkanaście przy kolejnych wyborach pewnie będzie wszystko w jak najlepszym stanie. Gruz wywieziony, plac wyr&#243;wnany, podział dokonany&#8230; no i budynek sprzedany. Stanie tam zapewne jakiś hotel nowy, kt&#243;ry przyjmie nazwę na przykład &#8222;Rynek Odnowy&#8221;. </p>
<p>W przyszłym roku mija 200 lat od bitwy pod Raszynem. Niewielki to epizod w historii narod&#243;w, ale w naszej raszyńskiej ojczyźnie znaczył i znaczyć powinien wiele. Nasi dziadowie doceniali historię, czego dowodem są dwie tablice pamiątkowe wmurowane w zachodnią bryłę pałacu w Falentach, a przypominające poświęcenie i chwałę oręża Polak&#243;w tamtego czasu. Niestety obie prawie nieczytelne. </p>
<p><b>Nie tylko GOK</b> </p>
<p>Zr&#243;bmy coś dla tych historycznych pamiątek małej ojczyzny, aby przypomniały czasy świetności. Nie odwracajmy Raszyna plecami do własnej historii. A może Austeria, jako centrum działalności kulturalnej w tym rejonie, może muszla koncertowa na zapleczu, ośrodek muzealny, lub ośrodek wystawienniczy? Pomysł&#243;w jest wiele, a wszystkie kosztowne. Jednak ten kawałek naszej historii zasługuje chyba na większy szacunek niż obecnie. </p>
<p>Dziś życie kulturalne Raszyna koncentruje się w budynku biblioteki przy Poniatowskiego. Tam staraniem pani Marii Gajek odbywają się imprezy okolicznościowe, a pod opieką Jolanty Żabczak dorośli i młodzież rozwijają zainteresowania artystyczne. Biblioteka raszyńska stała się centralnym ośrodkiem kultury i jest animatorem powstawania mniejszych ośrodk&#243;w w innych punktach gminy. Jest to pozytywny i mam nadzieję trwały aspekt działalności władz gminy, kt&#243;rego kwintesencją byłby odnowiony i przywr&#243;cony życiu budynek Austerii wraz z malowniczym zapleczem. </p>
<p>&#8211; Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/na-co-nam-austeria/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

