<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Puls Raszyna &#187; Felieton</title>
	<atom:link href="http://www.pulsraszyna.waw.pl/category/felieton/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl</link>
	<description>dwutygodnik niezależny</description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2011 10:25:22 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Jak kupiłem bez kolejki</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Jun 2009 11:10:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1371</guid>
		<description><![CDATA[Był koniec lat sześćdziesiątych. Po okresie intensywnego oszczędzania, moi rodzice postano-wili wybudować dom i przystąpili do Spółdzielni Budowy Domów Jednorodzinnych. W tamtym okresie takie organizacje dawały możliwość uzyskania niezbędnego kredytu budowlanego i w miarę legalnego nabycia odpowiednich materiałów, ale nie wszystkich i nie w odpowiedniej ilości. Budynek stanął, jednak w stanie surowym zamkniętym i powstała [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Był koniec lat sześćdziesiątych. Po okresie intensywnego oszczędzania, moi rodzice postano-wili wybudować dom i przystąpili do Spółdzielni Budowy Domów Jednorodzinnych. W tamtym okresie takie organizacje dawały możliwość uzyskania niezbędnego kredytu budowlanego i w miarę legalnego nabycia odpowiednich materiałów, ale nie wszystkich i nie w odpowiedniej ilości. Budynek stanął, jednak w stanie surowym zamkniętym i powstała konieczność wykończenia wnętrz. Tu jednak pojawił się następny problem: jak zdobyć potrzebne materiały? <span id="more-1371"></span></p>
<p>To były czasy, w których legalne kupienie elementów hydrauliki graniczyło z cudem, trzeba ją było „załatwić”. Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem wstępnie zaprawiony codzienną wal-ką o wszystko, co jest potrzebne do życia. Postanowiłem więc sam przebojem „załatwić” po-trzebne kolanka i złączki. Skierowałem się na warszawski bazar przy Targowej, gdzie dostać można było właściwie wszystko. Snując się smętnie po jego zakamarkach powoli traciłem nadzieję na sukces.</p>
<p>W pewnej chwili usłyszałem słowa rzucone w próżnię i jakby od niechcenia, ale wyraźnie tak, abym tylko ja je usłyszał: czego pan uważasz? Obok mnie stał nieciekawy jegomość, którego fizjonomia nie zachęcała do rozmowy, a którego tym bardziej nie chciałbym spotkać wieczo-rem w okolicach ulicy Brzeskiej. Moja pobieżna znajomość warszawskiego slangu ulicznego okazała się w tym momencie bardzo pomocna. – A co Pan masz? – odpowiedziałem zdaw-kowo pytaniem na pytanie, z obojętnością pozwalającą na szybkie wycofanie się z rozmowy. Pierwsze lody zostały przełamane. – Mam wiele różności, ale co konkretnie pan uważasz? – odpowiedział mój rozmówca. Zaproponowałem, byśmy zapalili „po calaku”, aby się łatwiej rozmawiało i wyłuszczyłem swój problem kształtek. – Jakie ilości szanownego pana interesu-ją? – zapytał rzeczowo. Odpowiedziałem, że tyle różności, ile tylko zdołam unieść w torbie – i byle nie było za drogo. – Towar jest, a cena po dwa złote jak leci – mój rozmówca odpowie-dział bez chwili wahania.</p>
<p>W tamtym okresie nie była to cena wygórowana, więc bez targu wyraziłem aprobatę i chęć „luknięcia” na towar. – Oczywista, ma się rozumieć, nie kupuje się kota w worku. Idź pan ze mną – odpowiedział. Poszliśmy spokojnie na tyły bazaru i weszliśmy w długą bramę budynku przy Brzeskiej. W bramie stało towarzystwo degustatorów. Moją uwagę zwróciła piękna, młoda dziewczyna aktywnie uczestnicząca w czynnościach pozostałych członków towarzy-stwa. Wszyscy obrzucili mnie bardzo wymownymi i zniechęcającymi spojrzeniami. Mój prze-wodnik rzucił stojącym zdawkowe „siemanko”, skorzystał z małego poczęstunku i poprowa-dził dalej żartując mimochodem: – Szanowny pan nie pęka, tu klienta się szanuje i włos z głowy mu spaść nie ma prawa. Nie przekonał mnie wprawdzie do końca tym stwierdzeniem, ale brnąłem dalej. Weszliśmy na kolejne ciemne podwórko i zeszliśmy do piwnicy. Szedłem ostrożnie, bo ciemno było jak w egipskiej piramidzie.</p>
<p>Na drugim poziomie piwnicy przewodnik zapalił świeczkę i otworzył solidną kłódkę masyw-nych drzwi. Poszperał moment i zapalił naftową lampę. – Rany boskie! – wyrwało mi się en-tuzjastycznie na widok towaru usypanego w równiutkie pryzmy. Osobno nowiutkie i osobno używane. Osobno „ocynk” i osobno „czarne”. Takiej ilości i takiego asortymentu nie powsty-dziłby się i dziś żaden sklep tej branży. Przewodnik był wyraźnie zadowolony moim podzi-wem.– Szanowny panie, dziś są takie czasy że bez znajomości wyżyć się nie da, a i bliźniego w potrzebie można poratować. Ceną ustaliliśmy, więc zostań se pan tu i spokojnie dobierz to-war, ja tymczasem skoczę do kolesi bo mi kolejka przepadnie – powiedział rzeczowo &#8211; i tyle go widziałem. Zostałem sam w czeluściach głębokiej, przedwojennej piwnicy i wziąłem się za segregację towaru. Odłożyłem na bok kształtki, które były mi potrzebne, zapaliłem papierosa i czekam. Muszę przyznać, że nie czułem się zbyt pewnie. Po jakimś czasie zjawił się mój sprzedawca, szybko przeliczył wybrany towar i zainkasował pieniądze, dorzucając jeszcze kilka sztuk jako premię. Sam nie byłbym chyba w stanie szybko znaleźć drogi powrotnej, jed-nak niebawem wyszliśmy na ciemne podwórko i do bramy wejściowej, gdzie nadal stało to samo towarzystwo, które zaprosiło mnie do pomocy przy opróżnieniu nowej butelki „paty-kiem pisanego”.</p>
<p>Dla gościa znalazła się świeżo wypłukana i zamaszyście wytrząśnięta musztardówka i wypili-śmy „za udaną transakcję”, ja z czystej musztardówki, oni po kolei „z gwinta”, zapaliliśmy „po calaku”. Przy pożegnaniu, życząc powodzenia przy budowie dorzucili – Jak będziesz pan miał jakieś życzenie to zapraszamy do nas, a i Wioletka będzie może wolna w tym czasie. Jadąc do domu z torbą pełną bezcennych kształtek rozmyślałem skąd wiedzieli, że ta dziew-czyna tak mi się podobała? Było nie było, tyle pięknego towaru, bardzo miła obsługa, a wszystko to bez kolejki.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-jak-kupilem-bez-kolejki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Restauracja</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 14 May 2009 10:57:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Strzelczyk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1351</guid>
		<description><![CDATA[Taki napis pysznił się na wielkim umieszczonym wysoko nad wejściem szyldzie, który przysłaniał swoimi wymiarami braki w poszyciu. Nazwa sugerowała wprawdzie budynek okazały i solidny, ale ten był drewniany, raczej przysadzisty, stary i przykryty drewnianym dachem imponujących rozmiarów. Wybudowany tak dawno, że nikt nie był pewien roku jego powstania. Obecnie znajduje się w tym miejscu [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Taki napis pysznił się na wielkim umieszczonym wysoko nad wejściem szyldzie, który przysłaniał swoimi wymiarami braki w poszyciu. Nazwa sugerowała wprawdzie budynek okazały i solidny, ale ten był drewniany, raczej przysadzisty, stary i przykryty drewnianym dachem imponujących rozmiarów. Wybudowany tak dawno, że nikt nie był pewien roku jego powstania. Obecnie znajduje się w tym miejscu pawilon handlowy. <span id="more-1351"></span></p>
<p>Do pomieszczeń wchodziło się bezpośrednio z ulicy, trzeba było jednak zważać na znajdującą się za drzwiami pułapkę polegającą na obniżeniu podłogi o dwa stopnie w stosunku do progu. Starzy bywalcy, pokonujący w życiu nie takie zasadzki, nie zwracali na tę niedogodność uwagi, ale nowicjusz bił pokłony rozciągając się na podłodze, czym wprawiał w doskonały humor innych gości. Lokal był czynny praktycznie zawsze, jako że dla bardzo spragnionych i stanowczo walących w drzwi otwierano go nawet w nocy. </p>
<p>Był to czas bezpośrednio po wojnie, czas odgruzowywania Warszawy, kiedy każda para rąk, każda furmanka i każdy koń były na wagę złota. Mieszkający w Raszynie i okolicznych wioskach posiadacze koni i wozów łączyli się w kolumny i ze wschodem słońca ciągnęli do zrujnowanego miasta, aby ciężko pracować do wieczora. Wiele powracających furmanek było załadowanych cegłą, deskami, rurami i innym materiałem z rozbiórki, który sprzedawano potrzebującym. Część zaprzęgów zatrzymywała się przy kuźni na zbiegu ulicy Pruszkowskiej i al. Krakowskiej (obecnie jest tam piętrowy pawilon), gdzie Pan Ignac Błażejewski podkuwał konie i dokonywał niezbędnych napraw przy wozach. </p>
<p>Restauracja powoli zapełniała się gośćmi. Jak pamiętam, były chyba dwie sale przeznaczone do konsumpcji. Za barem prym wiodła urodziwa i energiczna właścicielka, serwująca jedzenie i napitki wedle życzenia gości omawiających sprawy branży i regulujących opłaty za wzajemne usługi. Gwar był niemiłosierny. Salę spowijały kłęby papierosowego dymu, a na stolikach królowała litrówka i kapuśniak z golonką. Były to czasy, kiedy o polityce się nie rozmawiało, bo często sama myśl na ten temat była karalna. Spracowane konie odpoczywały, spokojnie stojąc przy swoich wozach i posilając się obrokiem. Biesiady przeciągały się zwykle do późna i niejeden gość osłabiony sutym jadłem mozolnie gramolił się na furmankę, układał na siedzisku i pozwalał koniowi wieźć się w nieznane, bo to mądre zwierzę nigdy nie pobłądzi w drodze do stajni. </p>
<p>Warszawa odradzała się i piękniała. Na budowach trwał socjalistyczny wyścig pracy, a w gablotach zmieniano fotosy przodowników i rekordzistów układania cegieł w czasie jednej dniówki. Ubywało gruzów a przybywało nowych i odbudowanych budynków. Kraj dźwigał się mozolnie z wojennej ruiny. Rozpoczęto produkcję polskich samochodów ciężarowych „Star” i one powoli zastąpiły konny transport na budowach Warszawy. W swoim czasie powstał pomysł, aby upamiętnić te czasy i wybudować pomnik pracowitych koni. Pomysł, jak pomysł – błysnął i znikł niestety. W pędzie do nowoczesności aleję Krakowską pozbawiono pięknych drzew i zbudowano drugą jezdnię, która szybko zapełniła się samochodami i… dla koni zabrakło miejsca. Oby tylko kiedyś nie zabrakło miejsca dla ludzi…<br />
-Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-restauracja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Szkoła</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 May 2009 01:38:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[dzwonek]]></category>
		<category><![CDATA[strzelczyk]]></category>
		<category><![CDATA[szkoła]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1190</guid>
		<description><![CDATA[To były trudne czasy: pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. Przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej &#8211; budynku szkoły jednak nie było. Były za to pomieszczenia zastępcze i Pan Woźny z dzwonkiem.
To były trudne czasy dla wszystkich. Pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To były trudne czasy: pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. Przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej &#8211; budynku szkoły jednak nie było. Były za to pomieszczenia zastępcze i Pan Woźny z dzwonkiem.<span id="more-1190"></span></p>
<p>To były trudne czasy dla wszystkich. Pięć lat temu skończyła się wojna światowa, kraj w ruinie i szalejąca komuna. W tych ciężkich latach trzeba było jednak uczyć dzieci nowego pokolenia Polaków. W 1950 roku przyszła moja kolej aby rozpocząć naukę w szkole podstawowej. Budynku szkoły jednak nie było i nauka odbywała się w adaptowanych na ten cel pomieszczeniach zastępczych.</p>
<div id="attachment_1232" class="wp-caption alignright" style="width: 221px"><img class="size-medium wp-image-1232" style="border: 1px solid black; margin: 1px;" title="lilly_bell_at_school" src="http://www.pulsraszyna.waw.pl/wp-content/uploads/2009/05/lilly_bell_at_school-211x300.jpg" alt="Liliowy dzwonek szkolny, grafika Chrisa Robinsona" width="211" height="300" /><p class="wp-caption-text">Liliowy dzwonek szkolny, grafika Chrisa Robinsona</p></div>
<p>Moja pierwsza klasa mieściła się w budynku obecnego przedszkola, na wprost wejścia do kościoła, a wychowawczynią była Pani Żbikowska. W sali stały ciasno trzy rzędy starych podwójnych ławek różnych wzorów i fasonów, każda z kałamarzem na atrament. Była nas spora gromadka malców i wyrośniętych starszych dzieci przybyłych z wojennej tułaczki, które latem przychodziły do szkoły boso w przypadkowo dobranych ubraniach wieszanych na wieszakach w korytarzu.</p>
<p>Pomieszczenie klasy było ciemne i trzeba było cały czas palić jedyną wiszącą u sufitu żarówkę. W rogu stał piec kaflowy, dający przyjemne ciepło w chłodniejsze dni. Palenisko pieca obsługiwał wyłącznie Pan Woźny, który był w owych czasach postacią bardzo znaczącą i do niego należało odmierzanie czasu nauki. Dobre serce pozwalało mu niejednokrotnie ulegać sugestiom uczniów i czynić niewielkie korekty tych wartości. Uśmiechał się szelmowsko pod siwym wąsem, brał w jedną rękę duży mosiężny dzwonek na drewnianej rączce, w drugą nieodłączną rózgę i dzwoniąc donośnie szedł w obchód wszystkich pomieszczeń szkolnych. Poszczególne klasy mieściły się w różnych budynkach na obrzeżach raszyńskiego rynku. W budynku mojej klasy były jeszcze trzy sale nauki. W budynku dzisiejszej kancelarii parafialnej &#8211; zwanej organistówką, z racji mieszkania tam organisty z rodziną &#8211; była klasa czwarta, a najwięcej sal lekcyjnych mieścił budynek Austerii. Zakamarki tej budowli i wewnętrzny dziedziniec były doskonałym terenem zabaw.</p>
<p>Dźwięk dzwonka słychać było wszędzie, a wspomniana rózga w ręku Pana Woźnego pełniła wiele poważnych funkcji. Była łagodną nagrodą za dobre zachowanie, rozjemcą uczniowskich waśni, lub zdecydowaną ręką sprawiedliwości społecznej. Ślady tej ręki niesforni uczniowie nosili przez kilka dni, skrzętnie je ukrywając przed wzrokiem rodziców. Taki ślad, będący sygnałem, że dziecko źle się zachowuje, był najczęściej powodem dodatkowego lania w domu. Rodzice nie chodzili do szkoły z pretensjami, słowo nauczyciela było święte. Za dobre zachowanie, lub przyniesienie opału do pieca, Pan Woźny pozwalał wziąć do ręki i obejrzeć piękny mosiężny dzwonek, a wybranym pozwalał nawet zadzwonić na lekcje.</p>
<p>W 1952 roku szkołę przeniesiono do obecnego budynku. Piękne, jasne i przestronne sale lekcyjne, szerokie korytarze i schody z doskonałymi poręczami do zjeżdżania budziły nasz szczery zachwyt. Wydzielono sale do nauki geografii, fizyki i chemii. W piwnicach rozmieszczono szatnie, osobne dla każdej klasy. Plac w obrębie szkoły był rozkopany i nie nadawał się do gry w piłkę, ale za płotem – w obrębie dzisiejszych ulic Szkolnej, Poniatowskiego, Sportowej i Unii Europejskiej &#8211; mieściło się boisko klubu sportowego RKS Raszyn i tam odbywały się wszelkie zawody. Wszystko w nowej szkole było dla nas ciekawe i urzekające. Ciepłe i przytulne piece kaflowe zastąpiło centralne ogrzewanie. Do nowego budynku przyszedł oczywiście znajomy dźwięk dzwonka i ustalał jeszcze przez jakiś czas rytm zajęć, ale przegrał z dzwonkami elektrycznymi. Leciwy Pan Woźny siadywał niekiedy na krzesełku obok drzwi, a na stoliku obok cicho stał mosiężny dzwonek. Pewnego dnia dzwonek zniknął, a krzesełko pozostało puste&#8230;<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-szkola/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieści o starym Raszynie: Rynek</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 04 Apr 2009 03:31:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1255</guid>
		<description><![CDATA[W owych czasach rynek obok kościoła był najważniejszą częścią Raszyna. Tu mieściły się gmina, biblioteka publiczna, remiza Straży Pożarnej, poczta i pomieszczenia klubu sportowego RKS Raszyn. Plac był utwardzony solidnym brukiem. Była również stara, nieczynna studnia pamiętająca czasy świetności tego miejsca. W miejscu gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni mieścił się lokal „Poniatówki” – [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W owych czasach rynek obok kościoła był najważniejszą częścią Raszyna. Tu mieściły się gmina, biblioteka publiczna, remiza Straży Pożarnej, poczta i pomieszczenia klubu sportowego RKS Raszyn. Plac był utwardzony solidnym brukiem. Była również stara, nieczynna studnia pamiętająca czasy świetności tego miejsca. W miejscu gdzie budynki niebezpiecznie zbliżają się do jezdni mieścił się lokal „Poniatówki” – restauracji osławionej daleko poza Raszynem. <span id="more-1255"></span><br />
Był jeden dzień w roku, kiedy stary rynek &#8211; senny na co dzień &#8211; gościł wielką ilość ludzi. Tym dniem był odpust na św. Walentego. W przeddzień gromadzili się ludzie ze straganami i rozstawiali je w upatrzonych miejscach. Zwyczajowo stragany z pamiątkami i zabawkami stawiano wzdłuż kościelnego ogrodzenia. Obok największego budynku miejsce zajmowali sprzedawcy artykułów technicznych. Pozostałą część placu zajmowały stoiska do wygrywania pieniędzy. Ustawiano tam również małe i wielkie karuzele, huśtawkę z łódkami w których dwie osoby mogły wirować dookoła poziomej osi, specjalne stoiska do sprawdzania tężyzny fizycznej i celności rzutu szmacianą piłką, oraz strzelnicę.</p>
<p>W dzień odpustu gromadnie ściągali goście. Zajeżdżali pięknie przystrojonymi furmankami, ciągnionymi przez dorodne konie ubrane w odświętne kolorowe zaprzęgi. Najbardziej majętni pysznili się dużymi, szerokimi wozami na gumowych pompowanych kołach i miękkich resorach, ciągnionymi przez dwa lub cztery konie. O godzinie jedenastej w kościele odprawiano sumę. Na ten czas ruch na rynku prawie zamierał, a handel czy granie na pieniądze w tym czasie było dowodem braku wychowania i piętnowane natychmiast. Właściciele tych uciech szli do kościoła lub do Poniatówki. W dzień odpustu datki na tacę były zawsze bardziej szczodre.</p>
<p>Pewnego roku – z uwagi na remont kościoła – ks. proboszcz o nazwisku, nomen omen, Pieniążek, wybrał się z tacą na rynek i po drodze wstąpił z kwestą do Poniatówki. Zaskoczenie było całkowite. Ksiądz zbierający na tacę poza terenem kościoła i to w knajpie?! W tamtych czasach mogło to zostać potraktowane jako prowokacja polityczna, a to już nie były żarty. Został jednak dobrze przyjęty i pożegnany brawami. Wszystko skończyło się szczęśliwie: pełną sakiewką.</p>
<p>Po sumie rozpoczynały się najbardziej ciekawe rozrywki. Dzieciarnia z rodzicami oblegała stragany pyszniące się zabawkami, obwarzankami na sznurkach, pańską skórką, suchymi lodami, kolorowymi piłeczkami na gumce, strzelającymi korkowcami, pistoletami na wodę, koralami, kolczykami i „prawie złotymi” pierścionkami. Męska część starszej młodzieży i młodszych starszych notabli preferowała poważniejsze rozrywki. Pchając pod górę ciężką makietę czołgu najsilniejszy zdobywał butelkę wina. Za celne rzuty piłkami do celu była nagroda. Buteleczkę czegoś mocniejszego wygrywało się trafiając metalowym kółkiem na szyjkę butelki. Stragan z loterią zapraszał do pociągnięcia kolorowej wstążeczki, na której końcu była nagroda. Strzelnica była oblegana przez kawalerów strzelających do pierścionków i kwiatków dla swoich wybranek.</p>
<p>Jednak miejscem, przy którym był największy tłok, były stoliki do wygrywania pieniędzy. Okrągłe, ze szpilkami na obrzeżu, podzielone na kolorowe pola, z wirującym ramieniem i kogutkiem na jego końcu. Była to odpustowa ruletka. Gracze stawiali dowolne sumy na wybranym kolorze a krupier zachęcał: – Śmielej proszę, śmielej, a będzie weselej. Albo: – Nie ma pustych ani przegranych, każden kolor jest wygrany. Albo też: – Każden kolor płaci trzykrotnie, biały pięciokrotnie. Następnie padała komenda: – Trąć pan kogutka w ogonek, to wygrasz dla lubej na złoty pierścionek. Kogutek wirował, a grający z zapartym oddechem śledzili gdzie się zatrzyma. Krupier sprawnie wypłacał wygrane, a resztę chował do kieszeni i rozpoczynał następną rundę. Niezadowolonych uspokajał: – Kochani, to tylko gra, jednemu weźmie a drugiemu da…</p>
<p>W lutym mrok zapada wcześnie. Ludzi na rynku ubywało, cicho zwijano stragany, a furmanki i resorówki na gumowych kołach odjeżdżały do domów. Długo w noc gwarno było tylko w Poniatówce, gdzie uczestnicy odpustu snuli swoje wspomnienia, a restauracja pozostawała chyba największym wygranym tego odpustu.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/opowiesci-o-starym-raszynie-rynek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Besala: O tolerancji polsko-raszyńskiej</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-o-tolerancji-polsko-raszynskiej/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-o-tolerancji-polsko-raszynskiej/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 26 Feb 2009 01:30:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>hal</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Besala]]></category>
		<category><![CDATA[tolerancja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-o-tolerancji-polsko-raszynskiej/</guid>
		<description><![CDATA[Rzeczpospolita Polska słynęła niegdyś z religijnej tolerancji, czyli szacunku do innych wiar i postaw. Wydawała się oazą pokoju religijnego na tle wojen wyznaniowych w Europie.

Od XV-wiecznych walk z czeskimi husytami, spalenia Miguela Serveta w 1553 r. przez kalwinistów, nocy św. Bartłomieja w 1572 r., kiedy to z kolei katolicy wyrżnęli hugenotów. Owszem w Rzeczypospolitej dochodziło [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Rzeczpospolita Polska słynęła niegdyś z religijnej tolerancji, czyli szacunku do innych wiar i postaw. Wydawała się oazą pokoju religijnego na tle wojen wyznaniowych w Europie.</p>
<p><span id="more-1169"></span></p>
<p>Od XV-wiecznych walk z czeskimi husytami, spalenia Miguela Serveta w 1553 r. przez kalwinistów, nocy św. Bartłomieja w 1572 r., kiedy to z kolei katolicy wyrżnęli hugenotów. Owszem w Rzeczypospolitej dochodziło czasem do tumultów religijnych, wszczynanych najczęściej przez żaków (taka to natura zbuntowanej młodości), ale nie przyjęło to kształtu walk religijnych.<a rel="lightbox" href="http://pulsraszyna.waw.pl/wp-content/uploads/sprogramow/JerzyBesalaOtolerancjipolskoraszyskiej_238B/Tyndalemartyrdom.png" rel="lightbox[1169]"><img style="border-right: 0px; border-top: 0px; display: inline; margin-left: 0px; border-left: 0px; margin-right: 0px; border-bottom: 0px" title="Tyndale-martyrdom" src="http://pulsraszyna.waw.pl/wp-content/uploads/sprogramow/JerzyBesalaOtolerancjipolskoraszyskiej_238B/Tyndalemartyrdom_thumb.png" border="0" alt="Tyndale-martyrdom" width="244" height="184" align="right" /></a></p>
<p>Obraz Polaka-katolika narodził się dopiero po potopie szwedzkich luteranów w 1655 r., wojen z prawosławnymi Kozakami i z islamską Turcją. Nastąpiło charakterystyczne zwarcie szeregów wokół kultu Matki Boskiej Częstochowskiej, która miała ocalić Jasną Górę przed heretykami. Odtąd polskość coraz bardziej zaczęła kojarzyć się z katolicyzmem. Żaden król polski nie ruszał na wyprawę wojenną bez ołtarza z obrazem Matki Bożej.</p>
<p>Czy przetrwała nam w genach dawna tolerancja? W II Rzeczypospolitej ok. 35% stanowiły mniejszości narodowe różnych wyznań – od ponad 3 milionów Żydów przez prawosławnych Ukraińców i Białorusinów po protestanckich Niemców i ok. 5,5 tys. muzułmanów. Jednakże polska tolerancja szybko poszła w kąt, gdyż nacjonalistyczne dążenia mniejszości tworzyły poważne konflikty. Do szczególnie ostrych starć doszło z Ukraińcami i ich zbrojnym OUN-em, podejmującym akty terrorystyczne wobec władz polskich w dążeniu do własnego państwa. Z rąk OUN-u w latach 30-tych XX w. padali ministrowie polscy, co wywoływało akcje polonizacyjne na Kresach z użyciem siły.</p>
<p>Eksplodowało to potwornymi rzeziami Polaków na Wołyniu w 1943 r. Rzecz w tym, że Ukraińcy walcząc terrorem o własne państwo, nie mieli prawie żadnych tradycji państwowych, co dotąd wpływa na niemal bezustanny kryzys ledwie dyszącej Ukrainy. Polacy winni dziękować Pani Historii, że mamy wielkie tradycje demokratyczne i państwowe To dzięki nim możemy wzrastać, a nie gubić się w chaosie i anarchii, jak nasz chwiejny sąsiad za Bieszczadami. I że umiemy być tolerancyjni.</p>
<p>Czeka nas jednak, jak sądzę, wielkie wyzwanie: napływ już nie tylko Ukraińców czy Białorusinów zmierzających do Polski za chlebem. Jeśli Rzeczpospolita będzie się rozwijać, czeka nas wielki napływ ludzi innych kultur, cywilizacji i religii. Już teraz są oni widoczni w naszej okolicy.</p>
<p>Powstają całe wioski wietnamskie i ośrodki handlu, jak w Wólce Kosowskiej. Kebaby sprzedają Turcy albo Arabowie wyznania islamskiego. Tkaninami handlują Hindusi wyznający hinduizm. Są widoczni, bo mają inny kolor skóry i czasem inne stroje, zachowania i obrzędy. Rażą czasem ich nietypowe zachowania.</p>
<p>Niektórzy „prawdziwi Polacyh obawiają się tej „inwazjih. Marzą o tym, by zamknąć granice, aby zostać jednorodnym narodowo krajem, gdzie katolicyzm deklaruje ponad 90% obywateli polskich. Byle z dala od obcych, byle się nic nie zmieniało i było jak dawniej.</p>
<p>Otóż tak się nie da. Życie to bezustanny ruch. Jeśli ludzi o innym odcieniu skóry i innej wierze przestaniemy wpuszczać do Europy, to przyjdą sami. Tym razem agresywni, źli, głodni. Zresztą, kiedy Polacy cierpieli w opresji komunizmu, wielu ratowało się wyjazdami do Niemiec „na saksyh, do Stanów Zjednoczonych, a teraz &#8211; na wyspy brytyjskie. Chodzi więc raczej o to, jak nauczyć się tolerancji wobec innych wiar i kultur.</p>
<p>Potęga cywilizacyjna Stanów Zjednoczonych wyrosła na różnorodności kultur. Nie byłoby muzyki jazzowej ani rocka, gdyby nie wpływ murzyńskich rytmów tam-tamów i perkusji na muzykę świata. Nie byłoby Michaela Jacksona ani Milesa Daviesa, wielu tańców, stylów życia, nie byłoby nauki tolerancji wobec innych zwyczajów, gdyby nie napływ obcych kultur. Choć oczywiście niósł on negatywne zjawiska w postaci dzielnic biedy, gangów, przestępczości.</p>
<p>Ale to też nie jest cecha „kolorowychh. Pokażcie mi kolorowego gangstera w dziejach USA. Większość to biali katolicy albo WASP-owie, czyli anglosascy protestanci!</p>
<p>Jedyne, co nam pozostaje wobec „obcychh to tolerancja. Nie można jednak mylić jej z uległością, a jedynie z szacunkiem wobec inności. Nie zwalnia ona nikogo od ostrożności wobec postaw, które zagrażają innym.</p>
<p>„Obcy” mają wiele do zaoferowania, wystarczy tylko chcieć ich poznać. Poznanie wszak nie oznacza ulegania innym poglądom i religiom, ale wychodzenie im naprzeciw. Wprawdzie do głośnych durniów zamkniętych w czterech ścianach swych lęków i ta „oczywista oczywistość” nie dotrze, ale do tych, którzy potrafią docenić różnorodność – tak.</p>
<p>Spróbujmy więc zaprosić ludzi o innym kolorze skóry i wierzeniach: może by zechcieli coś zaśpiewać, zagrać, pokazać, ugotować np. w raszyńskim domu kultury. Ręczę, że zaraz staną się mniej obcy.</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-o-tolerancji-polsko-raszynskiej/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Hamburger z Krakowskiej</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/hamburger-z-krakowskiej/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/hamburger-z-krakowskiej/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Feb 2009 00:14:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>pb</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/hamburger-z-krakowskiej/</guid>
		<description><![CDATA[- Poproszę cheeseburgera, tylko bez sera – mówi mężczyzna w średnim wieku. Maciek za ladą uśmiecha się. Cheeseburger bez sera to hamburger – 1,6 uncji kotleta w bułce o średnicy 90 mm. Do tego łyżeczka musztardy i duża łyżka ketchupu oraz dokładnie 9 g siekanej cebulki. Bułka musi zawierać dużo cukru, żeby szybko się przyrumieniła.
Życzenie [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify">- Poproszę cheeseburgera, tylko bez sera – mówi mężczyzna w średnim wieku. Maciek za ladą uśmiecha się. Cheeseburger bez sera to hamburger – 1,6 uncji kotleta w bułce o średnicy 90 mm. Do tego łyżeczka musztardy i duża łyżka ketchupu oraz dokładnie 9 g siekanej cebulki. Bułka musi zawierać dużo cukru, żeby szybko się przyrumieniła.</p>
<p style="text-align: justify">Życzenie mężczyzny da się akurat spełnić łatwo, bo &#8220;cheseburger bez sera&#8221; znajduje się w ofercie restauracji McDonalda. Gdyby go nie było – zamówienie nie byłoby uwzględnione. Licząca sobie pół wieku zasada McDonalda głosi, że uwzględnianie życzeń konsumentów nie służy ani im, ani firmie. Hamburger kosztowałby tyle samo, a przygotowanie go byłoby dłuższe nawet o kilkadziesiąt sekund – a zatem droższe.</p>
<p style="text-align: justify">Maciek przyjmuje zamówienie, wylicza cenę, wydaje resztę i idzie przygotować towary do wydania. Na wszystko ma wyliczony czas: trzy sekundy na powitanie klienta i zapytanie, co podać. Pięćdziesiąt sekund na położenie produktów na tackę. Ostatnie pięć sekund na pożegnanie, życzenie smacznego i zaproszenie do ponownych odwiedzin. To ważne, bo prawie codziennie zdarzają się anonimowe kontrole: ktoś zamawia big maca tylko po to, żeby sprawdzić, czy zostanie właściwie pożegnany.</p>
<p style="text-align: justify">
<p style="text-align: justify">Maciek pracuje w McDonaldzie przy szosie Katowickiej przed Nadarzynem, bo w Jankach nie mieli akurat wolnych etatów. Ma 17 lat i to jego pierwsza praca. W Stanach co ósmy mieszkaniec pracował kiedyś przy sprzedaży hamburgerów. Co drugi mieszka w zasięgu kilku minut od najbliższego lokalu firmy. W Raszynie ten warunek byłby spełniony, gdyby nie korki na Krakowskiej.</p>
<p style="text-align: justify">
<p style="text-align: justify">- Czy jest sok grejpfrutowy? – pyta młody człowiek. Ubrany w szary garnitur, zajechał srebrną laguną. McDonald&#8217;s to nie restauracja dla ubogich, ale najczęściej przerwa w trasie: większość z ponad 30 tysięcy restauracji tej marki zlokalizowana jest przy głównych drogach. To istota fast food: szybko zjeść i ruszyć dalej autostradą. Tak było od początku.</p>
<p style="text-align: justify">– Soku grejpfrutowego nie ma – odpowiada Maciek. – Jest cola, fanta, sprite albo mrożona herbata. – To poproszę piwo – odpowiada meżczyzna.</p>
<p style="text-align: justify">Tak dobrze nie ma. Menu w restauracji jest opisane od dawna co do milimetra długości frytki i nie daje właścicielowi pojedynczej restauracji żadnej swobody. Jedyna okazja do zmian to szczególne specjały, które i tak w całym kraju wprowadzane są naraz. Jednego dnia klient w Polsce zostanie poczęstowany hamburgerem góralskim, mieszkaniec Ukrainy – takim na modłę włoską, z mozarellą, a Rosjanin zje GrekMaka z serem feta i oliwkami. Ale to już nowy rozdział w dziejach McDonalda, kiedy nowy zarząd zauważył, że &#8220;kto stoi w miejscu, ten się cofa&#8221;. Wprowadzono też dobrą kawę, która przyciąga konsumentów takich, jak młody człowiek w lagunie.</p>
<p style="text-align: justify">Ray Kroc, człowiek, ktory zmienił budkę z hamburgerami w międzynarodową sieć fast-foodów, wszystko opisał pedantycznie. Nie tylko średnica hamburgera, ale także sztywność woskowanego papieru, którym przedzielone są kotlety przed smażeniem – zostały opisane w liczącej 685 stron książce, zwanej biblią McDonalda. Każdy ruch i gest pracownika firmy były ustalone w specjalnym kodeksie.</p>
<p style="text-align: justify">Błogosławione przekleństwo: na całym świecie ludzie zgłaszają się po hamburgery, stale ośmieszane jako symbol globalnej hegemonii USA. &#8220;McDonaldyzacja&#8221; stała się terminem naukowym dzięki książce amerykańskiego socjologa George&#8217;a Ritzera. Publicysta Thomas Friedmann stwierdził, że dwa kraje, które posiadają restauracje ze złotymi łukami, nigdy jeszcze toczyły ze sobą wojny. Stany Zjednoczone przerwały tę sielankę w 1999 nalotami na Serbię.</p>
<p style="text-align: justify">Tymczasem klienci muszą kaleczyć sobie języki, żeby złożyć zamówienie na amerykańskie potrawy. – Poproszę zestaw &#8220;happy metal&#8221; – mówi do Maćka pani, która najwyraźniej pomyliła &#8220;happy meal&#8221; z &#8220;heavy metalem&#8221;. Gorącą herbatę w tekturowym kubeczku weźmie do auta, bo przed południem chce być w Zabrzu. Za witryną restauracji McDonalda przy szosie Katowickiej maskotka sieci – klaun Ronald McDonald uśmiecha się do budzącego się dnia. W wielu krajach mógłby dzięki swojej popularności wygrać wybory prezydenckie.</p>
<p>- fb</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/hamburger-z-krakowskiej/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Besala: Zima dla rozgrzewki</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-zima-dla-rozgrzewki/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-zima-dla-rozgrzewki/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jan 2009 23:56:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>hal</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1102</guid>
		<description><![CDATA[Przeżyłem sporo zim, w tym zimę stulecia w 1978/1979 r. Śnieg sypał wtedy niemal bez przerwy przed Świętami, wiały huraganowe, mroźne wiatry, temperatura spadała do -25 st. C.
Byłoby to do wytrzymania, ale normą w Raszynie było wówczas wyłączanie prądu i nieczynne telefony, które cudem można było „załatwić&#8221;. A nasz domek podszyty był głównie eternitem i [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przeżyłem sporo zim, w tym zimę stulecia w 1978/1979 r. Śnieg sypał wtedy niemal bez przerwy przed Świętami, wiały huraganowe, mroźne wiatry, temperatura spadała do -25 st. C.<span id="more-1102"></span><br />
Byłoby to do wytrzymania, ale normą w Raszynie było wówczas wyłączanie prądu i nieczynne telefony, które cudem można było „załatwić&#8221;. A nasz domek podszyty był głównie eternitem i wiatrem, ogrzewany piecami akumulacyjnymi. Dla mnie owe cuda techniki były szokiem, gdyż sprowadziłem się wówczas z ciepłej, kaloryferowej Warszawy do ukochanej żony walczącej o lepsze dobro socjalistycznej ojczyzny na odcinku oświaty. A w Warszawie jednak żadnych wyłączeń i zimna w domach nigdy nie zaznałem.</p>
<p>Zima, jak i pogoda odgrywały nie raz rolę katalizatora wydarzeń. W roku poprzedzającym „potop&#8221; szwedzki 1655, podobno mróz skuł wody cieśnin Bałtyckich tak, że armia szwedzka ze swą znakomitą artylerią mogła przejść po lodzie i tym skuteczniej uderzyć na Rzeczpospolitą. I odtąd zaczęło się Initium Calamitas Regni– Początek Nieszczęść Krtelestwa Polskiego, co szlachta wywodziła od łacińskich inicjałów króla Jana Kazimierza (ICR).<br />
Historycy są też pewni, że mróz i zawieje 1979 r. i spustoszenia, jakie uczyniły one w gospodarce przyczyniły się w znaczącym stopniu do powstania w 1980 r. ruchu „Solidarnościپh i dramatycznego rozstawania się z nieludzkim system komunistycznym. Od klimatu zależy wiele: optymiści sądzą nawet, że w związku ze zmianami klimatycznymi nad Wisłą hodować będziemy niedługo pomarańcze i oliwki, a zamiast trzech miesięcy będziemy mieć np. pół roku lata! Jestem za, ale i przeciw, bo planeta Ziemia może tego nie wytrzymać. Wszak nawet radziecka przyroda nie mogła znieść zaplanowanego przez tow. Stalina i Biuro Polityczne eksperymentu zawracania biegu Obu i Irtysza dla ocieplenia Syberii, a zatem Sybir pozostał mroźny.</p>
<p>Teraz jednak zima długo nas oszczędzała, aż w końcu przyszła i zabieliła raszyńskie ulice, przykrywając rozliczne dołki i dolinki w jezdniach i chodnikach ulic przewidzianych od lat do remontu. W związku z tymi śnieżnymi atrapami jakby mniej słychać o podjazdowych wojnach gminnych: zbawiciele gminy Raszyn przyczaili się zapewne w oczekiwaniu na wiosnę, bo i ludzie zapadli w zimowy sen. Nie ma więc kogo zasypywać ulotkami o jedynie słusznym wyborze na wójta i radnego, bo i tak wszystko przykryje śnieg. Ludzie bardziej zaczynają obawiać się, co dalej z gospodarką polską, gdy nie daj Boże i nas dosięgnie kryzys. A jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami: najchętniej pogodowe kataklizmy ze społecznymi i gospodarczymi kryzysami.</p>
<p>Myśl, jak tu wybić ludzi z tego poświątecznego, zimowego letargu od lat gnębiła nie tylko polityków, ale i handlarzy oraz biznesmenów. Święto zakochanych, czyli Walentynki lutowe wymyślono w Ameryce po to, by zakochani kupili choć dwa serduszka i ożywili stygnący handel. W Polsce tradycja także przyjęła się, ale w innej nieco formie, w czym zdecydowanie wyprzedziliśmy imperialistyczne mocarstwo: takie serduszka ofiarowuje nam także polska Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pod dyrekcją Jerzego Owsiaka.<br />
Ruch ten przypomina pospolite ruszenie i chyba oddaje dużo polskiego zamiłowania do ofiarnych gestów i pomocy poza oficjalnymi strukturami, bardziej przypominającymi urzędy skarbowe niż placówki pomocy. W końcu nosimy w sobie geny i archetypy Polaków, którzy nie tylko przelewali krew za wolność ojczyzny, ale i płacili podczas powstań narodowych tajne podatki na rzecz państwa podziemnego. Polacy zawsze umieli mobilizować się w potrzebie dla innych. Być może dzięki temu inicjatywa Jurka Owsiaka mogła zyskać wprost niespotykane w świecie poparcie. Nie da się nie zauważyć, że dzięki tej akcji szpitale pozyskują drogi sprzęt medyczny, młodzież w roli wolontariuszy uczy się ofiarności, uczciwości i społecznego działania na rzecz innych, a starsi  nawet w mrozy czasem się uśmiechają do młodych. To niemało, pomimo głosów krytycznych pod adresem samego Owsiaka, który wyrósł na niemałą gwiazdę.</p>
<p>Ale i artystów Wielka Orkiestra uczy pokory. Mnie też nauczyła. Grałem kiedyś poetyzujące kawałki w ramach Orkiestry w Wołominie. Mróz był trzaskający. Na zapleczu rozgrzewała nas główna gwiazda, czyli Szymon Majewski, któremu buzia się nie zamykała w niekończących opowieściach &#8211; od ostatnich wydarzeń, które dotknęły gwiazdę na stacji benzynowej, po kwestie ostatnich kreacji E. Górniak. Jakiejś aktorce serialowej, której nazwiska nie pomnę, gdyż nie oglądam seriali, wdzięczny, wszystkorozumiejący uśmiech nie schodził z ust. W końcu jednak zdołała nas zapowiedzieć.</p>
<p>Zaczęliśmy grać jazzująco-poetyckie utwory, a sala, składająca się głównie z dresiarzy, znacznie się przerzedziła. Zostały miłośnie nastawione panie i panienki. Okazało się, że nie mieliśmy szans w starciu z miłośnikami Stachursky&#8217;ego itp. wybitnych artystów.</p>
<p>W tamten pamiętny, zimowy wieczór powiało nam na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy grozą głębokiego niezrozumienia naszej twórczości. Zrozumieliśmy, że muzyka inna niż popowy łomot i rozmowa wyższa nad skecze ADHD w wykonaniu Szymona Majewskiego nie mają szans.</p>
<p>Chodzi więc mi po głowie obecnie myśl, żeby zorganizować także Wielką Orkiestrę dla Głuchych Muzycznie i Nieczułych Psychicznie? Widziałbym na czele tego przedsięwzięcia kilka osób z tzw. „świata kulturyپh; w stosownym momencie listę mogę sporządzić. W oczekiwaniu na odzew, pozdrawiam śnieżnie i mroźnie, ale już z nadzieją na przedwiośnie.</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2009/jerzy-besala-zima-dla-rozgrzewki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tadeusz Strzelczyk: Wiata</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Dec 2008 13:48:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tadeusz Strzelczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1028</guid>
		<description><![CDATA[Nim kur zapieje, i wzejdzie słońce, kolejka liczy kilkanaście osób. Skuleni ludzie stoją obok słupów, aby choć trochę osłonić się od lodowatego wiatru. Niektórzy zbijają się w grupy, osłaniając nawzajem. Skoro świt pierwsi przekupnie ustawiają swoje samochody, aby zająć jak najlepsze miejsce do pracy. Rozstawiają skrzynki z owocami i warzywami kupionymi w nocy na bazarze [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nim kur zapieje, i wzejdzie słońce, kolejka liczy kilkanaście osób. Skuleni ludzie stoją obok słupów, aby choć trochę osłonić się od lodowatego wiatru. Niektórzy zbijają się w grupy, osłaniając nawzajem. Skoro świt pierwsi przekupnie ustawiają swoje samochody, aby zająć jak najlepsze miejsce do pracy. Rozstawiają skrzynki z owocami i warzywami kupionymi w nocy na bazarze i pod szyldem rolników indywidualnych liczą na godziwy zarobek. <span id="more-1028"></span></p>
<p>Mieszkańcy okolicznych domów idąc do pracy nie zwracają uwagi na zmarzniętych, tupiących w chodnik rodaków. Oni mają inne cele, inne zmartwienia i mało czasu. Wstaje słońce i ludzi jest coraz więcej, ale brama pozostaje zamknięta dla czekających, których mróz szczypie w nosy, drętwieją im ręce i nogi, więc ratują się przed wyziębieniem rozcierając uszy i tupiąc zamaszyście w chodnik. Cierpią, ale czekają uparcie i z wiarą na zajęcie dobrego miejsca w wyścigu do szczęścia. Wreszcie nadchodzi oczekiwana chwila i brama zostaje otwarta.</p>
<p>Pobliski budynek szybko wchłania czekających, którzy we wnętrzu formują przykładną kolej-kę, w oczekiwaniu na otwarcie okienka. Mają około godziny, aby stojąc nieco się rozgrzać i obeschnąć. Na zewnątrz życie toczy się własnym rytmem. Zmieniają się rządy, kraj pokonuje kryzysy, toczy się zażarta dyskusja, jak poprawić los obywateli i zmniejszyć podatki. Tu jed-nak, w tym małym światku codzienności, nic się nie zmienia. Ludzie, którzy przez lata praco-wali uczciwie, a dziś podupadli na zdrowiu, trwają nadal pozostawieni sami sobie w oczeki-waniu na panią z okienka i z pytaniem, czy załapią się „w pierwszej dziesiątce”. „Czy nie przyjdzie mi odejść z kwitkiem i jutro zająć miejsce przed bramą jeszcze wcześniej”?</p>
<p>Godziny tych wydarzeń mijają się sprytnie z godzinami rozpoczęcia pracy urzędników i wójta pobliskiej gminy, którzy o określonej porze idą do pracy odśnieżonym i posypanym chodni-kiem i lokują się w swoich cieplutkich pokojach aby piastować swoje funkcje. W błogości wła-snej wygody nikt, ani radni, ani wójt, ani urzędnicy, nie pomyślał o ulżeniu doli czekających obok na mrozie ludzi i wystawieniu niewielkiego zadaszenia z ławeczką, lub wcześniejszego wpuszczania do budynku. Zapewne dzieje się tak w trosce o prestiż i dobry wygląd ulicy przed szacownym Urzędem Gminnym, któremu bazar i śmieci jakoś nie przeszkadzają. Tak niewiele potrzeba aby ulżyć tym ludziom i tak wiele zarazem aby zmienić  naszą urzędniczą mentalność i zrobić coś dobrego dla innych.<br />
– Tadeusz Strzelczyk</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/tadeusz-strzelczyk-wiata/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Antyfelieton: Makowiec posmarowany musztardą</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/antyfelieton-makowiec-posmarowany-musztarda/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/antyfelieton-makowiec-posmarowany-musztarda/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Dec 2008 13:49:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Wisniewski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Besala]]></category>
		<category><![CDATA[pycha]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=1030</guid>
		<description><![CDATA[Przed każdą rodzinną imprezą uczestnicy z grubsza są w stanie przewidzieć która ciotka opowie po raz kolejny o swojej trzustce, jaki kawał opowie wujek, co stryjenka sądzi o swoim zięciu. Słowem, rodzinna atmosfera świątecznego obiadu. 
Oczywiście są w trakcie większości takich imprez zdarzenia, które, jako rodzinne anegdoty, opowiada się latami, lekko je ubarwiając. To dziadek [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przed każdą rodzinną imprezą uczestnicy z grubsza są w stanie przewidzieć która ciotka opowie po raz kolejny o swojej trzustce, jaki kawał opowie wujek, co stryjenka sądzi o swoim zięciu. Słowem, rodzinna atmosfera świątecznego obiadu. <span id="more-1030"></span></p>
<p>Oczywiście są w trakcie większości takich imprez zdarzenia, które, jako rodzinne anegdoty, opowiada się latami, lekko je ubarwiając. To dziadek zgubi szczękę w zupie, to stryjek walnie w talerz nadużywszy pysznej nalewki babuni. Są to oczywiście losowe rodzinne przypadłości. W każdej rodzinie jest też ktoś, kto zmęczony przerywaniem opowiadanych przez siebie kawałów, historyjek z podróży do Wiednia czy wód, raz na jakiś czas w przypływie desperacji zaczyna tańczyć na stole lub przynajmniej prosi o kawałek makowca posmarowany musztardą. Efektem jest zagwarantowanie desperatowi „jego pięciu minut w wiekowej rodzinnej historii”.</p>
<p>Gdybym felieton z ostatniego PULSU pod tytułem „Powszechna historia pychy” nazwał próbą tańca na stole, to byłaby to gruba przesada, ale wizja przesympatycznego autora, który żąda podania kawałka makowca posmarowanego musztardą prześladuje mnie od chwili zakończenia czytania treści napisanej jego ręką. Bo cóż mnie, czytelnika, człowieka widzącego w desperacji politycznej zwanej referendum jedyne panaceum na marazm i sposób funkcjonowania obecnego samorządu, może razić w tekście opisującym „powszechną historię pychy”?</p>
<p>W tekście rozpoczynającym się opisem stosunków rodzinnych Zygmunta Starego i Bony Sforzy, płynącym poprzez kilka przykładów na ujawnienie pychy w życiu ludzkim i społecznym a kończącym się sugestią, że w naszej gminie odradza się tradycja liberum veto. Ano może. Najważniejsze jest to, że autor zapewne z niemałym trudem, który jako ktoś kto również lubi posługiwać się słowem doceniam, oddzielił swoją historię pychy od tego z czym przez wieki jest łączona w mitach, filozofiach i naszym życiu codziennym. Czyli z &#8230;.. władzą. Czymże byłaby historia pychy bez tego swoistego rezonansowego wzmocnienia? Historią tragicznie kończącej swoje życie żony króla uznawanego przez wielu żyjących pod jego panowaniem za despotę w białych rękawiczkach? Historią biedoty szlacheckiej gotowej za tygodniową pijatykę w karczmie zerwać każdy sejm, czy sejmik? Czy ma być historią ośmiu mieszkańców naszej gminy tworzących komitet referendalny? Z pewnością nią nie jest.</p>
<p>Historia pychy to mit o królu Kreonie, który przekonany o swojej słuszności doprowadza do śmierci wszystkich, których kocha. Historia pychy to historia wiary Heroda w to, że jest w stanie jednym rozkazem nakazującym zabójstwa pierworodnych zabić Syna Bożego. Czy można pychę Heroda oddzielić od jego władzy? Historia pychy, to mroczna średniowieczna inkwizycja, która w imię Stwórcy z przyzwoleniem władców Europy wycinała w pień intelekt, różność kulturową i spowolniła rozwój cywilizacyjny. Historia pychy &#8230; ano właśnie, czy tylko taka odległa historia?</p>
<p>W swojej książce były brytyjski polityk, a z zawodu lekarz David Owen (&#8221;In Sickness and in Power: Illness in Heads of Government During the Last 100 Years&#8221;) zajął się szukaniem syndromu pychy w kontekście psychologii polityki. Widząc pod jaką presją żyją politycy zaczął się zastanawiać nad tym, jak choroby wpływają na proces decyzyjny przywódców wielkich mocarstw. Zauważył, że niektórzy z nich, choć nie byli chorzy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, doznawali takiego zatrucia władzą, że upośledzało to ich zdolność osądu. Opisuje on sygnały ostrzegawcze: niewzruszona pewność siebie, lekceważenie rad i niezwracanie uwagi na szczegóły. W rezultacie tego procesu stopniowo następowała utrata kontaktu z rzeczywistością. Według Owena Neville Chamberlain, David Lloyd George, Tony Blair, Margaret Thatcher (w późnych latach), George W. Bush i Hitler &#8211; wszyscy oni mieli syndrom pychy w czystej postaci. Owen unika odpowiedzi na to, czy uznać pychę władzy za coś, co powinno eliminować z życia politycznego. Ale chce, aby syndrom pychy był uznany za konkretną jednostkę chorobową, by można było go leczyć. Wyborcy wiedzą, że władza psuje człowieka i kiedy używają słów w rodzaju „wariat”, „bufon”, „zarozumialec”, zwykle mają rację.</p>
<p>Tyle były już minister rządu brytyjskiego. A co z nami i naszymi raszyńskimi pychami? Piszę tę erratę do felietonu „Powszechna historia pychy”  bynajmniej nie z pozycji potencjalnego lekarza ani naszej władzy samorządowej, ani jej elektoratu. Chcę, aby każdy z czytelników „Pulsu Raszyna” miał pewność, że ta powszechna historia nie jest wyłącznie historyjką z jednej, i to krótszej, części ulicy Lotniczej. Jedno jest pewne, jak z każdymi świąteczno &#8211; rodzinnymi historyjkami i opowiastkami&#8230; o tym, która przetrwa więcej obiadów rozstrzygnie nasza lokalna historia. No, chyba że ktoś znowu przy stole zażąda makowca posmarowanego musztardą.<br />
– Jacek Wiśniewski</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/antyfelieton-makowiec-posmarowany-musztarda/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>DDD, czyli dysfunkcyjne dzieci i dorośli</title>
		<link>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/ddd-czyli-dysfunkcyjne-dzieci-i-dorosli/</link>
		<comments>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/ddd-czyli-dysfunkcyjne-dzieci-i-dorosli/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 27 Nov 2008 13:18:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jerzy Besala</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pulsraszyna.waw.pl/?p=979</guid>
		<description><![CDATA[Byłem kilkakrotnie w tzw. domach małych dzieci. To dramatyczne przeżycie. Dzieciaki czepiające się ubrania, szukające zauważenia, aprobaty, choćby promyczka miłości u nieznajomego wzburzają pokłady wielkiego współczucia i cierpienia.
Los wobec niektórych dzieciaków bywa okrutny. Te małe istotki często uwikłane są w tragedie nieudanych związków ich rodziców &#8211; czyli dwojga innych dzieci, udających dorosłych, którym zachciało się [...]


No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Byłem kilkakrotnie w tzw. domach małych dzieci. To dramatyczne przeżycie. Dzieciaki czepiające się ubrania, szukające zauważenia, aprobaty, choćby promyczka miłości u nieznajomego wzburzają pokłady wielkiego współczucia i cierpienia.<span id="more-979"></span></p>
<p>Los wobec niektórych dzieciaków bywa okrutny. Te małe istotki często uwikłane są w tragedie nieudanych związków ich rodziców &#8211; czyli dwojga innych dzieci, udających dorosłych, którym zachciało się miłości, kojarzonej głównie z seksem. No i zdarzyło się, hi-hi-hi… Infantylizm i brak odpowiedzialności był i jest plagą tego świata. Tymczasem wiadomo, że dzieciństwo jest kluczem do udanego życia &#8211; bądź też nieszczęśliwego. W dzieciństwie dostaje się wyposażenie niezbędne w dalszym życiu. W miłość i życzliwość dla świata albo w nienawiść do niego, skłonności do depresji, manii albo do dwóch w jednym. Gdy zabraknie miłości dla małego człowieka, robi się z nim, mówiąc językiem młodzieżowym, „masakra” i „kaszana”.</p>
<p>Potwierdzają to długoletnie badania grupy osieroconych dzieci, które nie zaznały miłości i troskliwości. Ze wstrząsających danych wynika, że po 20 latach wiele z nich trafiło do szpitali psychiatrycznych, albo też zatrzymało się w rozwoju psychicznym, pomimo starań o wyposażenie ich w umiejętności, mieszkanie, pracę itd. Natomiast sieroty z drugiej grupy, zajmujące się codziennie niepełnosprawną dziewczynką, mogące wyrażać swoje uczucia i dostające miłość i troskę, otoczone uwagą i szacunkiem – stały się samodzielne i stworzyły udane związki małżeńskie. Wszyscy bowiem potrzebujemy miłości! Choćbyśmy nie wiem jak śmiali się z tego uczucia, to jest ono podstawą udanego życia. Nie miłości rozumianej jako namiętność seksualna, ale życzliwości dla innego człowieka: miłości do bliźniego. Wszyscy potrzebujemy miłości do siebie samych, by móc ją przekazać innym. Tylko proszę nie mylić tego stanu z narcyzmem czy egocentryzmem.</p>
<p>Niedawno w niedzielę, w drodze do kościoła na Rybiu, mijałem pewnego ojca. Chyba powinno się jednak słowo ojciec wziąć w cudzysłów. Pan o czerwonawej twarzy ochrzaniał mniej więcej czteroletniego synka podniesionym, agresywnym tonem: – Dlaczego taki głupi jesteś!? – powtarzał. – Kto tu jest głupi? – zastanowiłem się. Dziecko milczało coraz bardziej przerażone, więc ojciec nakręcał się dalej w swej wściekłej „władzy absolutnej”: – No powiedz wreszcie coś! Czy ty w ogóle umiesz mówić!? – krzyczał. Dziecko kurczyło się coraz bardziej, porażone lękiem przed ojcem, potworem strasznym i niebezpiecznym. Mały człowiek odczytuje mowę ciała tak samo, a może i dokładniej niż dorośli. Czuje agresję i potwornie się jej lęka. Zaczyna się wtedy fatalny proces: wszystko co robi, wydaje mu się złe, bo jest ochrzaniany, zadeptywany, a nie nagradzany.</p>
<p>Niby mamy XXI wiek i podobno poziom świadomości wzrasta. Pewnie wzrasta, ale to tu, to tam, a nie wszędzie. Sceny jak ta bardzo mnie poruszają. Nigdy nie wiem, co mam w takich sytuacjach robić. Kiedyś zwracałem uwagę agresorom, nim nauczyłem się, że najczęściej kończy się to jeszcze większą awanturą – a w końcu znów obrywa dziecko. Psychola nie sposób zmienić bez terapii: on i tak będzie uważał dziecko za swą własność, a nie za małego człowieka, któremu należy się szacunek, pomoc i życzliwa uwaga. Policja nie przyjedzie, bo co to za afera, jakaś tam przemoc psychiczna: przecież nikt nikogo nie bije. A „Niebieska linia” nie pomaga na odległość.</p>
<p>Czy ludzie zdają sobie sprawę, że postępowanie takich ojców wobec zastraszanych dzieci to hodowla potencjalnych psychopatów? Ten mały chłopczyk na progu życia ma już tylko dwie drogi przed sobą: albo będzie niedorajdą, zastraszonym życiowym popychadłem, co przypłaci depresją. Albo też zostanie nieczułym przestępcą, którego skacowany tatuś nauczył niczego nie czuć, bo to zbytnio boli. Nie czując siebie, nie czujemy innych. Dlatego Stalin i Hitler skazywali na śmierć miliony bez mrugnięcia okiem. Oni po prostu nic nie czuli, byli pozbawieni empatii; no, może poza własnymi urojeniami i paranoją. Obydwaj byli niemiłosiernie bici w dzieciństwie. Ich przestraszone, skarlałe ego odtąd ciągle potrzebowało żeru z innych ludzi.</p>
<p>Biedne są niektóre dzieci: porzucane, karcone, łajane, upokarzane, bite, odsyłane do domów dziecka. Cierpiące za nie swoje winy. Wprawdzie nie wyrzuca się ich na śmietnik, jak w antycznym Rzymie, albo nie oddaje do klasztoru, gdy było ich za dużo, jak w średniowieczu Hildegardę z Binden, która w końcu została świętą. Ale przemoc psychiczna jest równie katastrofalna, jak fizyczna, a może i gorsza. Nie można też dziecku uczynić większej szkody, niż łajać je, porzucić, pozbawić rodzicielskiej miłości czy oddać.</p>
<p>Zaczepił mnie niedawno były pensjonariusz domu dziecka koło marketu „Real” w Jankach z prośbą o datek. Mówił, że już wszystko w porządku, aż w końcu przyznał, że nie za bardzo: cierpi na chorobę dwuafektywną. Nie patrzy w oczy, boi się świata i ludzi. Buja się pomiędzy depresją a manią. To horror, a nie życie. Jest jednak w tych zdarzeniach pewien morał. Gdy dziecko chowane w atmosferze przemocy zacznie dorastać, pierwsze „bęcki obskoczy” właśnie kochany tatuś albo mamuśka. Rachunek krzywd zacznie się wyrównywać. I wtedy owi „rodzice” zaczną narzekać, jaki to potwór wyrósł, co to kradnie, pije albo i jeszcze gorzej. A tymczasem dawne pomiatane dziecko w ten dysfunkcyjny sposób zacznie wyrównać braki aprobaty i miłości. Do tych rodziców nie dotrze nigdy prawda, że sami zapracowali przez wiele lat na pojawienie się „potwora”.</p>
<p>Koło będzie się toczyć dalej: nie znając innych wzorców, pogubione Dorosłe Dziecko Dysfunkcyjne (DDD) będzie wychowywać swego następcę &#8211; kolejnego DDD. Wściekłego na wszystko i wszystkich frustrata. Fatalne koło przekazywania dysfunkcji przerywa się wtedy, gdy DDD w którymś pokoleniu jakimś cudem trafi na terapię. Ale po co, przecież żal pieniędzy czy czasu na takie głupoty, jak rozmowy z psychologiem, czy choćby przytomnym człowiekiem.</p>


<p>No related posts.</p>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://mitcho.com/code/yarpp/'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pulsraszyna.waw.pl/2008/ddd-czyli-dysfunkcyjne-dzieci-i-dorosli/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

